Archiwa autora: ciepło właściwe

Rzeźba „Jutro”

Na XIII Międzynarodowym Biennale Stowarzyszenia KERAMOS miałem przyjemność zaprezentować wykonaną w 2018 roku zoomorficzną rzeźbę, którą zatytułowałem „Jutro”. Zdarza mi się od czasu do czasu rzeźbić, choć na co dzień zajmuję się przede wszystkim pracownią Ciepło właściwe i marką Stratus. Uprawianie rzeźby okazało się bardziej pracochłonne niż sądziłem. Było to tym trudniejsze, że bez przygotowania akademickiego, bez dobrze opanowanego rysunku pewne rzeczy zajmują mi więcej czasu. Samo rejestrowanie pomysłów, przygotowania techniczne i technologiczne, szkice rysunkowe i rzeźbiarskie zabierają ogromną ilość czasu. Ponieważ jestem ceramikiem, zdecydowałem się wykonywać rzeźby ceramiczne. Glinę można odejmować i dodawać i w tym sensie jest materiałem prostym, natomiast dużej uwagi wymaga wypał i kwestie techniczne z nim związane. Nie można ot tak sobie wyrzeźbić czegoś dużego, a potem się martwić o wypał. Rzeźba dużej wielkości musi być pusta w środku, trzeba znaleźć odpowiedni piec do jej wypału, a podczas jej lepienia często trzeba przygotować jakieś podpory/szkielet, bo inaczej się zawali, szczególnie gdy jest duża i stoi na 4 cienkich nóżkach. Stworzenie tej rzeźby wymagało wykrojenia z mojego zawodowego czasu dość dużej jego części i na pewno nie udałoby się bez wsparcia mojej żony.

Geneza samej rzeźby jest dość ciekawa, bo zaczyna się w roku 2007, na pewnej majówce. Były to czasy, w których nie przyszłoby mi do głowy, że będę zajmował się ceramiką użytkową czy rzeźbą. W wynajętym ze znajomymi domku wyposażonym w kominek, w którym z uwagi na dość niskie jeszcze temperatury, paliliśmy, postanawiam dorzucić do ognia puszkę po piwie. Moja świadomość ekologiczna pozostawiała wtedy wiele do życzenia, niemniej wydarzyła się ciekawa rzecz. Stopiony metal skapnął do popielnika i utworzył w nim… malutką figurkę. Wierzcie lub nie, ale był to czteronogi stwór, którego kształt starałem się odwzorować pierwszym prototypem. Obły, ale z ostrymi szpicami tworzącymi nogi i szyję. Bardzo mi się ta figurka spodobała, szczególnie że jej powstanie było niesamowite. Pamiętam, że trzymałem ją jakiś czas, ale podczas jakichś porządków – wyrzuciłem. Bardzo tego żałuję. Gdy w 2017 roku postanowiłem pod okiem Barbary i Marka Moderau spróbować rzeźby, nie do końca wiedziałem co chciałbym rzeźbić. Przyniosłem pierwszy prototyp, który postanowiliśmy poprawić. W tak zwanym „między czasie” wykonałem kilka ćwiczeń rzeźbiarskich, głów itp., aż wreszcie przyszła pora, żeby na poważnie zabrać się od nowa do tej zoomorficznej formy.

Kilka rysunków i małych szkiców rzeźbiarskich pomogło ustalić kierunek. Ponieważ chciałem, by rzeźba przez swoją formę wydawała się monumentalna, nie chciałem też jej robić zbyt małej. Przed rozpoczęciem pracy nad mierzącą ok. 75 cm figurą trzeba było zrobić ostateczny model, w mniejszej skali. Potem już naprawdę trzeba wiedzieć co się chce zrobić, dobrze to wymierzyć i przygotować się technicznie. Niestety proces rzeźbiarski nie zakończy się na zbudowaniu tej niby ostatecznej, największej rzeźby, ale o tym później.

Dużym wyzwaniem było dla mnie stworzenie zespawanego wewnętrznego szkieletu, który miał za zadanie utrzymać pokaźną ilość ciężkiej gliny. Same nogi nie byłyby w stanie tego ciężaru przenieść. Spawać nie umiałem, ale się nauczyłem, bo nie miałem wyjścia, gdy Basia Moderau postawiła przede mną spawarkę i z grubsza poinstruowała gdzie się włącza. Drewniana podłoga w jej pracowni tylko trochę się przykopciła od iskier – prawie nie widać.

Ponieważ rzeźba była budowana jako pełna, na metalowym stelażu, nie wchodziło w grę jej wypalenie, była tylko modelem, z którego należało potem wykonać wieloczęściową formę gipsową (negatyw) i działać dalej. Nie pamiętam dokładnie ile godzin zajęło finalne budowanie modelu, pamiętam, że moja cierpliwość była wystawiana na liczne próby, ale pod kierunkiem Marka i Basi rzeźba nabrała w końcu ostatecznego kształtu. Potem należało wykonać na niej wieloczęściową formę gipsową. Tu przydało się moje doświadczenie w produkcji form do naczyń, bo o ile technika nakładania gipsu jest nieco inna, o tyle podział tych części wymaga pewnej wyobraźni przestrzennej i doświadczenia.

Forma gipsowa po wykonaniu pojechała już do mojej pracowni, bym się nią zajął w wolnym czasie. Ten wolny czas znalazł się wiele tygodni później. Pierwsze próby odtworzenia rzeźby w formie polegały na odlewaniu z masy lejnej. Nigdy nie odlewałem tak wielkich kształtów. Prób było kilka i niestety w pewnym momencie poddałem się. Wszystko się zawalało do środka, a mi jakoś nie chciało się próbować dalej z masą lejną zawierającą szamot i podjąłem decyzję o ręcznym wylepieniu formy i zbudowaniu wewnątrz konstrukcji z gliny podtrzymującej grzbiet zwierza. I udało się! Potem było już z górki. Powolne suszenie w różnych pozycjach, szlifowanie no i …wypał. Z tym, że rzeźba nie mieściła się do mojego pieca. Wspominałem coś o wczesnym planowaniu, prawda? No i w zasadzie plan był taki, żeby rzeźba była wypalana w wysokim piecu Basi i Marka, aaaale po co czekać, skoro można wypalić pracę u siebie, nie przewożąc jej gdy jest surowa (to bardzo ryzykowne). Wystarczy trochę pokombinować, a kombinowanie wychodzi mi nadzwyczaj dobrze, czasem myślę, że lepiej niż rzeźbienie czy projektowanie ceramiki (obiecuję poprawę). Wykorzystałem pokrywę do pieca raku, który wcześniej zbudowałem, a czujnik klapy pieca elektrycznego oszukałem, tak by „myślał”, że jest zamknięty. I wiecie co, nie było wcale pożaru!

Muszę przyznać, że do momentu wypału na biskwit nie wiedziałem co będzie dalej, nie przychodziły mi żadne pomysły na szkliwienie. I znowu moi nauczyciele naprowadzili mnie na ciekawy materiał, ale nie ceramiczny. Mleko wypalone na ponad 100°C dało właśnie taki efekt jaki ostatecznie widać na rzeźbie. Z tym surowym i trochę nieokiełznanym efektem musiałem się trochę „opatrzeć” ale ostatecznie bardzo mi się spodobał.

I oto jest – surowa, wyniosła, może gdzieś zmierzająca postać. Zapraszam Was do jej obejrzenia i krytyki na żywo w ramach wystawy, która potrwa do 2 grudnia 2018 r. w Nowym Forcie przy ul. Czarnieckiego 51.

rzeźba "Jutro" Krzysztof Bocian

 

Jak zrobić płytę gipsową

Płyta gipsowa w pracowni, w której używa się plastycznych mas ceramicznych to chyba jeden z najbardziej przydatnych przedmiotów. Pozwala na wyrobienie gliny przed rozpoczęciem pracy (tak, nawet takiej gliny zapakowanej w elegancją paczkę, prosto z fabryki) oraz umożliwia dość szybkie odzyskanie odpadowej masy i ponowne jej uplastycznienie. W tym drugim wypadku płyta odciąga nadmiar wody z bardzo mokrej gliny, umożliwiając jej ponowne wyrobienie i doprowadzenie do odpowiedniej wilgotności. Tradycyjnie używało się do tych celów raczej desek i nadal niektórzy ich używają, ale gips wydaje się być trwalszy, przy jednoczesnej doskonałej chłonności wody.

Ponieważ płyta gipsowa w mojej pracowni zaczęła pękać, a okruchy gipsowe wychodzące z rysy wykazywały ogromną chęć zakolegowania się z gliną, zapadła decyzja o zabezpieczeniu płyty taśmą oraz o tym,  że czas na nową płytę. Jako, że poprzednią także robiłem sam, nawet nie zastanawiałem się nad ofertą sklepów, tym bardziej, że potrzebuję czegoś większego niż oferuje rynek. Czegoś w wymiarze 65×90 cm, bo idealnie pasuje do mojego stołu. Tak duże wymiary pozwalają na zapewnienie miejsca do wyrabiania gliny tuż przed pracą przy jednoczesnym robieniu recyklingu  – wszystko się mieści. Takie recyklingowanie potrafi potrwać 2 dni, a glinę gdzieś wyrabiać trzeba. Duży format pozwala też np. podzielić płytę na część do wyrabiania jasnej i ciemnej gliny – jeśli jest taka potrzeba. Można też mieć kilka mniejszych płyt, do różnych glin.

Do odlania płyty potrzebne było super gładkie podłoże, od którego gips ładnie odejdzie. Najlepiej, żeby jeszcze było tanie i łatwo dostępne. A idealnie byłoby, gdyby było za darmo. Jeżeli widzicie na śmietniku grube szkło w dużym formacie – nie zastanawiajcie się do czego Wam się może przydać. Po prostu bierzcie! Na szkle należy jeszcze zbudować prostokątną ramkę (np. z listewek), uszczelnić i mamy formę do odlania prostokątnej płyty. Ponieważ mój format był spory, zdecydowałem się podłożyć pod szkło podwójną warstwę folii bąbelkowej. Na sztywnej posadzce taka obciążona tafla mogłaby pęknąć.

Do budowy ramki zastosowałem taki formierski patent polegający na tym, że 4 listwy (takiej samej, lub różnej długości) mają doczepiony na końcu wystający schodek. Po ustawieniu dowolnego formatu, łapiemy listewki ściskami stolarskimi w sposób pokazany na zdjęciu. Takie listewki powinny być lakierowane, by gips do niech nie przywarł. Żeby płynny gips nie miał szansy uciec pod ramką unosząc ją do góry, boki trzeba uszczelnić gliną. Warto do prac formierskich mieć w pracowni trochę starej, zanieczyszczonej lub po prostu marnej jakości gliny, którą traktujemy jak plastyczne spoiwo lub wypełniacz przestrzeni. Nie wyrzucamy jej gdy wyschnie, tylko namaczamy i używamy ponownie, nie przejmując się, że dostają się do niej resztki gipsu lub inne paprochy. Ja z uwagi na wielkość dociążyłem ramkę czymś co wygląda jak paczki z narkotykami, które przywiozłem prosto z Kolumbii, ale to tylko cegły. Naprawdę.

Formy gipsowe do odlewania wymagają zastosowania dobrej jakości gipsu formierskiego, ale płyta to tylko płyta – nie wymagajmy od niej nie wiadomo czego. Ma chłonąć wodę i być mocna. Dlatego w tym przypadku możemy pozwolić sobie na tańszy gips np. GC-41 z Nowego Lądu. Przed wydaniem sporej ilości pieniędzy w sklepie dla ceramików lepiej poszukać czy gdzieś nie dają taniej tego samego gipsu… np. 2 razy taniej! Zainteresowanych odsyłam do oferty warszawskiego sklepu Jasskor. Ponieważ gips ten nie jest bardzo drogi (worek 20 kg to koszt ok. 25 zł brutto), lepiej kupić go trochę więcej niż będziemy potrzebować. Żeby policzyć potrzebą ilość, musimy powoli przejść do samego procesu mieszania gipsu i tzw. współczynnika gipsowo-wodnego. Ale po kolei.

Zacznijmy od ilości gęstwy gipsowej (czyli mieszaniny gipsu z wodą) potrzebnej do zalania foremki. Trzeba zacząć od określenia jaką objętość będzie miała odlewana płyta. W przypadku prostopadłościanu obliczenia są raczej proste, bo mnożymy 3 boki, czyli w naszym przypadku 65 cm x 90 cm x 5 cm = 29250 cm3 czyli 29,25 litra. Jeżeli przeliczanie jednostek wywołuje u Was torsje, można skorzystać z prostego kalkulatora np.: www.liczby.pl. 30 litrów gęstwy to dosyć dużo i ciężko taką ilość dobrze wymieszać, więc postanowiłem odlać płytę na 2 razy, czyli najpierw zalać foremkę do połowy, a potem dolać resztę. Skoro więc mamy przygotować 15 litrów gęstwy musimy dowiedzieć się ile będziemy potrzebować wody i gipsu w proszku. Producent gipsu podaje wartość współczynnika gipsowo-wodnego na swojej stronie lub w specyfikacji technicznej i musimy się dowiedzieć jak powinien być, bo dla różnych gipsów ten współczynnik będzie inny. Mówi nam on jaki ma być stosunek gipsu do wody (lub odwrotnie). Może być podany tak: 80/100 lub tak: 1,4 i określa on stosunek wagowy. Jeżeli tej wartości nie towarzyszy żaden opis („wodno-gipsowy” lub „gipsowo-wodny”) to należy kierować się zasadą, że gipsu ma być więcej niż wody. Jeśli więc mamy 80/100 to znaczy, że mieszamy WODĘ z GIPSEM w stosunku odpowiednio 80:100 (lub myśląc odwrotnie) GIPS z WODĄ w stosunku odpowiednio 1,25:1. Ten drugi zapis jest wygodniejszy, bo mówi nam wprost o ile więcej gipsu należy wziąć przy danej ilości wody. Im więcej gipsu będzie w mieszaninie tym mocniejszy będzie odlew i tym mniej chłonny (mniej porowaty).

Wróćmy do ilości wody, skoro do niej będziemy dostosowywali ilość gipsu w proszku. Ze wcześniejszych doświadczeń z gipsem wiem, że ilość gęstwy jest ok. 1,5 razy większa niż ilość wody, którą użyłem. Obliczyliśmy, że potrzebujemy na jedno lanie 15 l gęstwy i wiemy, że taką ilość uzyskamy z ilości wody o 1,5 razy mniejszej. No to dzielimy 15 l : 1,5 = 10 l. Potrzebujemy 10 litrów wody. A ile gipsu? Coś tu zaczyna nie pasować, bo wodę odmierzymy w litrach, a gips w kilogramach…? Ale przypominamy sobie, że 1 litr wody waży 1 kg (co wynika z gęstości wody) więc nasze 10 litrów wody waży 10 kg (w przypadku wody możemy sobie zamieniać litry na kilogramy do woli) i już wszystko pasuje. Ze stosunku gipsowo-wodnego podanego przez producenta wiemy, że ma być go 1,25 razy więcej niż wody. Mnożymy  więc 10 kg x 1,25 = 12,5 kg. Do stworzenia gęstwy w ilości którą potrzebujemy na odlanie połowy płyty potrzeba 10 litrów wody i 12,5 kg gipsu. Możemy mieszać.

Gips zawsze wsypujemy do wody (nie odwrotnie) i to małymi partiami, tak, żeby powietrze mogło sobie spokojnie wybulgotać na powierzchnię. Zawsze używamy zimnej wody! Nawet letnia będzie zła, bo przyspieszy reakcję wiązania i zabawa skończy się szybciej niż się tego spodziewamy. Po wsypaniu całości, czekamy kilka minut, żeby cały proszek nasiąkł wodą i zaczynamy mieszanie (najlepiej ręką). Mieszamy w taki sposób, żeby wszystkie grudki rozgniotły się i żeby wyszło z gipsu całe powietrze, uważając przy tym, żeby ruchem ręki tego powietrza do gęstwy nie wbijać. Czasy mieszania i tężenia gipsu również podają producenci. Mieszanie trzeba zrobić dość sprawnie, by przygotować dobrą, jednolitą gęstwę i jednoczenie zmieścić się w czasie kilku minut, zanim gips nie zacznie tężeć – wtedy nie będzie się go dało wlać do przygotowanej formy. Podczas pracy z gipsem trzeba zadbać o ochronę dróg oddechowych oraz o swoją pracownię. Najlepiej robić to w pomieszczeniu, w którym nie pracujemy z gliną, ponieważ pył gipsowy nie może dostawać się do mas ceramicznych.

Wlewamy gips do formy starając się rozlać go równomiernie, a po wylaniu kładziemy rękę na powierzchni i utrząsamy gęstwę, żeby wypełniła całą przestrzeń (rogi!) i żeby wydobyć na powierzchnię ewentualne pęcherzyki powietrza. Teraz już na dobre zacznie przebiegać reakcja wiązania gipsu (którą zapoczątkowaliśmy mieszaniem) i gips będzie wydzielał ciepło. Żeby kolejna warstwa gęstwy dobrze związała się z pierwszą, ponacinałem powierzchnię ostrym narzędziem. Dzięki temu nowa warstwa „zakotwiczy się” w tej starej. Gdy pierwsza warstwa przestanie być ciepła można wlać drugą. Ważne jest żeby ta pierwsza warstwa nadal była mokra. Jeżeli z jakiegoś powodu musimy przerwać pracę i warstwa ta będzie stała np. 2 tygodnie i wyschnie zupełnie, to należy ją zmoczyć – trzymamy się zasady, że wylewamy gips na MOKRY gips. Można dla bezpieczeństwa przygotować sobie trochę więcej gęstwy, żeby na pewno nie zabrakło. Nadmiar można usunąć z ramki długą metalową listwą, a krawędzie ramki najlepiej od razu przetrzeć wilgotną gąbką, żeby nie było problemu z uwolnieniem płyty. Po wystygnięciu drugiej warstwy można zdjąć ramkę. Teraz płyta musi schnąć i jeśli jest tak duża i gruba to potrwa to ok. 2 tygodni (zależy od warunków w pracowni). Może zdarzyć się, że taka płyta będzie chciała się deformować. Żeby temu zapobiec można przez pierwszy tydzień ją czymś obciążyć lub suszyć na jakimś stelażu, tak, żeby powietrze miało dostęp ze wszystkich stron. Ostre krawędzie płyty najlepiej zaokrąglić papierem ściernym (na mokro lub na sucho) a ewentualne ubytki uzupełnić gipsem. Strona płyty, która miała kontakt ze szkłem powinna wyjść idealnie gładka i to będzie strona wierzchnia przeznaczona do kontaktu z gliną. Gdy płyta wyschnie zupełnie, kładziemy ją na gąbce lub folii bąbelkowej żeby podczas pracy na sztywnym stole nie pękła przy większym obciążeniu (trzeba założyć, że świat nie jest doskonały). Potem już tylko pozostaje zabrać się do roboty – wyrabiać, toczyć, lepić.

Jeżeli nie pracowało się jeszcze z gipsem, dobrze jest zacząć od małych ilości i zrobić przynajmniej jedną próbę, żeby poznać materiał i nauczyć się go dobrze mieszać.

Powodzenia!

 

Rowerami po Mazurach

Uwaga: notka nie dotyczy ceramiki, ale pojawia się w niej ceramiczna ciekawostka. Proszę czytać!

Pod koniec maja 2016 r. postanowiliśmy wybrać się na rowerową wycieczkę po Mazurach (a nie Warmii jak nam się wcześniej wydawało). Wycieczka krótka, bo 4-dniowa, na obładowanych rowerach, miała nas przygotować do większej wyprawy jeszcze w tym roku. Mimo, że na co dzień pracuję fizycznie w pracowni, perspektywa bolących mięśni i niewygodnego spania nie odstraszyła mnie. Zdecydowanie wolę taki rodzaj wypoczynku. Podróżowanie rowerem ma same plusy jeśli chodzi o turystykę: jeżeli ma się namiot to jest się niezależnym od wszelkich okoliczności noclegowych; tempo podróżowania rowerem jest idealne, bo jest dostatecznie szybkie by pokonywać w ciągu dnia sensowne odległości, a jednoczenie na tyle wolne, żeby wszystko co się mija dokładnie obejrzeć, popodziwiać widoki. Fajnie jest też czasem zabłądzić. Samochodem tylko się przemyka.

Na pomysł, żeby z rowerami dojechać pociągiem do Działdowa nie wpadliśmy tylko my i cieszyliśmy się, że wystartowaliśmy już z Warszawy Zachodniej, spokojnie znajdując miejsce w przedziale rowerowym. Z Działdowa dojechaliśmy nad jezioro Maróz i rozbiliśmy namiot na kempingu. Mieliśmy tam wszystko co potrzeba i moglibyśmy zostać na dłużej, ale nie o to chodziło w naszej wycieczce – rano ruszyliśmy do Pasymia, pokonując znaczą część trasy drogą krajową 58, co oznaczało dużo rozpędzonych samochodów mijających nas stanowczo za blisko. W Pasymiu jedyną rozsądną lokalizacją na rozbicie namiotu okazał się dość luksusowy ośrodek wypoczynkowy Energopol, w którym namiot co prawda można rozbić, ale mieliśmy wrażenie, że jesteśmy tam gośćmi drugiej kategorii i że trochę przeszkadzamy. Bywa i tak. Deszcz i grad, który spadł wieczorem nie trwał na szczęście długo (choć był to ważny test szczelności namiotu), więc udało nam się jeszcze tego dnia rozpalić ognisko. Nie mieliśmy soli i pieczarki z ogniska nie smakowały tak dobrze jak myślałem, ale i tak się nimi zajadałem.

Trzeciego dnia trochę się pogubiliśmy w lesie co oznaczało prowadzenie ciężkiego roweru po piaszczystych, leśnych drogach. Upał dawał się we znaki ale na szczęście mogliśmy w jednej z wsi uzupełnić bidony zimną, świeżą wodą. Dotarliśmy nad jezioro Omulew gdzie niestety nie było miejsca do rozbicia namiotu i musieliśmy zamieszkać w dość leciwej, niemieckiej przyczepie kempingowej, które wynajmowała właścicielka lokalnej restauracji. I tym razem bardzo chciałem rozpalić ognisko. Nanosiłem się drewna, narąbałem… i gdy ognisko już się rozpalało lunął deszcz i je zgasił zmieniając plan wieczoru z siedzenia przy ognisku na czytanie książek w przyczepie – też może być.

Drogę powrotną do Działdowa urozmaiciliśmy sobie wizytą w zamku w Nidzicy. Pamiętałem, że oprócz zamku jest tam wielka tama, której budowę widziałem jako dziecko. Niestety ani na mapie ani obok zamku nie ma żadnej tamy i żadnego zbiornika wodnego. Potem okazało się, że zamek i tama, które pamiętałem znajdują się w NIEDZICY, w zdecydowanie odległym od Mazur rejonie Polski. Tam kiedyś też pojedziemy na rowerach!

Nie było tamy, ale była ciekawostka ceramiczna. W 1999 r. na rynku starego miasta w Nidzicy odkryto wyjątkową na skalę Polski i Europy ceramiczną, izolującą konstrukcję chroniącą domy przed wilgocią.  Sposób wykonania tych naczyń (grube dno, brak ozdób, zwężający się kształt) świadczy o ich specjalnym przeznaczeniu. Nie były to naczynia codziennego użytku wykorzystane w wyjątkowy sposób, ale dobrze przemyślana ceramiczna konstrukcja. Pojemniki ułożone do góry dnem i oblepione dookoła gliną, zawierały w sobie powietrze i tworzyły płaską warstwę, na której ułożono kamienną posadzkę stanowiącą podłogę piwnicy domu. Zainteresowanych odsyłam do opracowania Hanny Doroty Mackiewicz.

Po zjedzeniu obiadu (i lodów) w Nidzicy ruszyliśmy dalej w stronę Działdowa – mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc nie spieszyliśmy się i przedzieranie się przez teren budowy nasypu kolejowego nie stanowiło problemu. Dobrze, że nie zaatakował nas agresywny pies pilnujący tego terenu, a jego właściciel otworzył nam bramę i umożliwił przejazd. Jechaliśmy dalej i podziwialiśmy widoki – głównie ciągnące się po horyzont pola i łąki. Raz tak się zapatrzyłem, że nie zauważyłem startującego z zarośli tuż obok mnie bociana! Dosłownie tuż przede mną wzbił się do lotu i poszybował na łąki. Już sobie wyobrażam protokół z wypadku spisywany przez odpowiednie służby: ” na drodze pomiędzy wsiami Zaborowo i Niedanowo kierujący rowerem Krzysztof Bocian zderzył się z bocianem”. Niedługo po tym zdarzeniu odpoczywaliśmy, chroniąc się w cieniu przed upałem i natknęliśmy się na wiejski zaniedbany sklep z odpadającą ceramiczną mozaiką. Na pewno nie była zabytkowa, ale zwróciła moją uwagę. Takiej osobliwości na wsi jeszcze nie widziałem. Ceramika jest wszędzie!

W pociągu powrotnym z Działdowa w miarę zbliżania się do Warszawy przybywało ludzi (w tym rowerzystów) i znów cieszyliśmy się, że mamy miejsca siedzące i że nasze rowery bezpiecznie jadą w odpowiednim przedziale, który tym razem był nieco mniejszy, natomiast wracających z długiego weekendu rowerzystów było naprawdę sporo. Niektórym nie udało się do tego pociągu wsiąść.

Statystyka wyjazdowa:

  • przebytych kilometrów: 200,
  • przebitych dętek: 0,
  • nabitych guzów: 1,
  • zjedzonych kiełbas: 5,
  • zjedzonych lodów: 8,
  • opadów atmosferycznych: 3 (w tym 1 grad),
  • opadów radioaktywnych: 0,
  • opadów sił: 1

ceramiczne BHP

To była upadająca drukarnia gdzieś w okolicach Łomianek. Drugiego dnia mojej pracy przyszedł pan w wytartym i źle leżącym garniturze i położył przede mną jakiś dokument.

– Tu, proszę podpisać, że było szkolenie BHP.
– Ale przecież nie było…
– Ale będzie!

Podpisałem, i na tym nasza znajomość się zakończyła, bo już więcej nigdy go nie zobaczyłem, ale spoko, papiery się zgadzały. Jak będę miał wypadek na hali produkcyjnej to firma jest bezpieczna. A ja?

Kto pracował na etacie i brał udział w szkoleniu BHP naprawdę (a nie tylko na papierze) ten wie, że czasami nie jest to interesujące, mimo, że BHPowcy stają na głowie by zainteresować i rozweselić grupę znudzonych pracowników, wśród których jedni się cieszą, bo mają wolne i im z tym dobrze, a drudzy panikują, bo mają wolne i w związku z tym zawalą wszystkie projekty. Dla jednych i drugich, to najczęściej zawracanie głowy.

Moje nastawienie do BHP zmieniło się gdy trafiłem do innej drukarni (tak, oczywiście, że należącej do zachodniego koncernu), w której podejście do problemu było zupełnie odwrotne, a kontrola zagrożeń była bardzo skrupulatna. W swojej pracowni implementuję ten zachodni model, czyli taki, który zakłada minimalną troskę o swoje zdrowie (o życie nie, bo na szczęście nie mam maszyn, które mogą zabić). Biorąc pod uwagę to jak bardzo przejmuję się swoimi pracami (czy im nie za sucho, czy się szkliwo dobrze położyło, czy wysokość półki w piecu będzie OK, itd.) uznałem, że swoim zdrowiem też się trochę poprzejmuję. Jestem ważniejszy niż te wszystkie skorupy.

Pył w pracowni

Nie trzeba mieć od razu astmy, żeby cierpieć na zdrowiu z powodu wdychanego pyłu. Można też dyskutować, czy mieszkanie w dużym mieście, w którym normy dotyczące jakości powietrza są kilkukrotnie przekroczone, nie szkodzi bardziej niż kilka haustów szkliwnej mgiełki w pracowni. Nawet jeśli szkodzi bardziej, to co z tego? Nie ma co sobie dokładać. W pracowni mamy pełen wybór pyłów: gliniany, szkliwny, porcelanowy czy na przykład powstający przy szlifowaniu półek piecowych, czasem też gipsowy. Do ochrony dróg oddechowych przed pyłem stosujemy odpowiednie maski. Istotną rzeczą jest też czystość samej pracowni. Wiadomo, że nie paradujemy w masce przez cały dzień, tylko zakładamy zawsze wtedy, gdy w pobliżu naszych dróg oddechowych może się taki pył znaleźć. Pył zbierający się na podłodze wzbija się do góry gdy po nim depczemy – warto odkurzyć porządnie pracownię gdy widzimy, że zaczyna być bardzo zauważalny. Amatorów ceramicznych inhalacji odsyłam do historii Leszka Nowosielskiego, który zapłacił życiem m.in. za pracę z pyłem porcelanowym bez odpowiedniego zabezpieczenia. Zresztą takich historii starsi ceramicy znają wiele. Tak więc jeżeli sypiecie do wiadra gips, przesypujecie szkliwa, sprzątacie zapyloną pracownię, szlifujecie, szkliwicie natryskowo lub robicie cokolwiek innego co powoduje powstawanie pyłu – zawsze zakładajcie maskę przeciwpyłową, to naprawdę nie boli (chyba że za mocno sobie ściśniecie gumkę, wtedy możecie odciąć sobie dopływ krwi do mózgu i umrzeć na miejscu przez niedotlenienie).

Pierogi z ołowiem kto zamawiał?

Jeżeli już mowa o pyle, to należy zwrócić uwagę, żeby nie dostawał się on do żywności, szczególnie gdy zawiera niebezpieczne dla zdrowia związki np. metale ciężkie. Słyszałem o pewnej ceramicznej rodzinie, w której tego samego sita używało się do przesiewania fryty ołowiowej oraz… mąki! I wiecie co? Cała rodzina miała ołowicę – kto by się spodziewał? Inny przykład podsunęła mi znajoma ceramiczka, której kursantka lepiła i szkliwiła na blacie kuchennym. Smacznego!

Szlifierki

W pracowni co jakiś czas pracuję dwoma szlifierkami: małą, tzw. „dremelem” i dużą szlifierką kątową, nazywaną też „diaksem”. W obydwu przypadkach szlifowanie czegokolwiek bez ochrony oczu jest, delikatnie mówiąc, ryzykowne. Regulowane i bardzo gustowne okulary ochronne można kupić już za ok. 20 zł. Oprócz samego dokonania zakupu należy ich także używać. Na założenie i zdjęcie okularów potrzebujemy kilku sekund. Ta ogromna i niepowetowana strata cennego czasu może jednak przynieść korzyść –  na stracenie oka po uderzeniu ostrym odłamkiem ceramicznym wystarczy już tylko ułamek sekundy. Nie orientuję się w cenach na rynku organów ludzkich i nie wiem po ile chodzą oczy, ale może być drogo.

bhp

W przypadku tej drugiej szlifierki, której używam do zdzierania starej warstwy emulsji zabezpieczającej piecowe półki, okulary nie wystarczą. Przyda się jeszcze maska przeciwpyłowa, rękawice robocze i nauszniki. Po co to wszystko? Po pierwsze  – look; tak ubrani prezentujecie się naprawdę wyjątkowo – można sobie cyknąć selfie i podzielić się ze światem. Po drugie: rękawice ochronią wasze ręce gdy przypadkowo szlifierka się ześlizgnie (prędkość 10000 obr/min nie wybacza błędów), maska przeciwpyłowa zatrzyma bardzo drobny pył, który powstaje przy takim szlifowaniu, i który ściele się w promieniu kilku metrów (warto to robić na otwartej przestrzeni). I wreszcie nauszniki. Byłyby zbędne gdyby operacja trwała kilka sekund, ale przy półgodzinnym jazgocie wasz słuch na pewno ucierpi. Takie za 20 zł wystarczą.

Ręce, które toczą

W ogóle, gdy myślę o ochronie rąk, mam na myśli zakładanie rękawic za każdym razem, gdy biorę do ręki nóż introligatorski i zamierzam się siłować z jakimś plastikiem by zrobić szablon, gdy chcę upiłować deskę piłą ręczną (kciuk, który sobie raz prawie rozpołowiłem ma się już dobrze) lub gdy trzymam w ręce mały ceramiczny przedmiot, a tuż obok wiruje diamentowa tarczka. Ta szczególna troska o swoje ręce nie wynika z panicznego strachu przed ostrymi przedmiotami, ona wynika z tego, że z poważnie skaleczonym palcem jako garncarz jestem bezużyteczny przez kilka dni. Spróbujcie potoczyć ze skaleczonym opuszkiem – plaster szybko odpada, nawet taki zawinięty dookoła; glina pięknie wciera się w ranę, a jak ma większy szamot to już w ogóle tragedia. Czy robicie sobie pilling skóry gdy jest uszkodzona? No właśnie.

Na rękawicach nie ma co oszczędzać. Twarde paździochy za 5 zł się nie sprawdzą. Są niewygodne i szybko się rozwalają. Od 30 zł w górę można się zaopatrzyć w naprawdę solidne i wygodne rękawice robocze, które jednocześnie sprawdzą się też przy wyjmowaniu gorących półek z pieca. Niestety producenci i sprzedawcy uznają, że tylko mężczyźni z łapami jak bochenki mogą wykonywać prace wymagające ochrony rąk, i ciężko znaleźć coś dobrego w mniejszych rozmiarach, ale jeżeli dobrze poszukacie to znajdziecie także dobre rękawice pasujące na mniejsze, kobiece dłonie.

Oparzenia

Temat nie wymaga chyba szerszego komentowania – warto mieć w pracowni Panthenol. Gorące półki wyjmuję oczywiście w rękawicach, piecowy wsad jest zbyt cenny żeby go upuszczać przez bezmyślne oparzenie paluchów. Jeżeli waszą pracownię odwiedzają dzieci, zwróćcie uwagę, czy nie kręcą się obok gorącego pieca, bo się przypalą i już nigdy nie będą miały szans w konkursie na miss i mistera kolonii. Oparzyć można się też opalarką lub palnikiem gazowym (czasem przydają się w pracowni), ale tutaj po prostu potrzebna jest uwaga i rozsądek. Opalarka jest podobna do suszarki, więc może sprawiać wrażenie niegroźnej, ale kierowanie strumienia powietrza o temperaturze 600°C w stronę ciała należy zdecydowanie uznać za nierozsądne.

Igranie z ogniem

Kto był na wypale raku? Raku jest fajne. Niektórzy twierdzą, że nawet magiczne, i gdyby tylko to słowo nie było przez środowisko ceramiczne wyświechtane jak znak Polski Walczącej przez dresiarzy, to bym też tak uważał.  Obecnie, gdy jadę na raku zawsze biorę ze sobą:

  • półmaskę z filtrem A1B1E1K1, zabezpieczającą drogi oddechowe przed wdychaniem gazów i dymu (nie, maska przeciwpyłowa za 2,5 zł, której używacie w pracowni nie filtruje gazów; filtruje pyły, dlatego nazywa się maską przeciwpyłową i w tym przypadku będzie odpowiednikiem podziurawionej prezerwatywy – no po prostu bez sensu),
  • okulary ochronne – przydają się gdy trzeba zajrzeć do pieca, a bije z niego nieprawdopodobny żar, który uniemożliwia trzymanie otwartych oczu przez dłuższą chwilę,
  • ciuchy bawełniane (nie z tworzyw sztucznych),
  • grube rękawice, najlepiej kupić sobie takie ognioodporne,
  • gaśnicę (macie w samochodach, chyba że szwagier przymknął oko przy przeglądzie technicznym i puścił).

Jeżeli macie długie włosy to schowajcie je np. pod czapką lub chustą. Ja oczywiście nie mam tego problemu ze względu na wygodną i szykowną fryzurę. Oczywiście nie zapominajmy o bezpieczeństwie w obchodzeniu się z gazem!

Porządek musi być

Porządek miejsca pracy gwarancją bezpieczeństwa! Zdaję sobie sprawę, że przechodzę do banałów i że część z was ma porządek w dupie. To bardzo indywidualna sprawa – jednym pracuje się znaczenie lepiej w bałaganie (kontrolowanym oczywiście wyłącznie przez nich samych), a inni muszą mieć równo poukładane narzędzia, bo inaczej zwariują. Ja staram się dbać o porządek w pracowni nie tylko ze względu na konieczność szybkiego dostępu do właśnie tej jednej jedynej szpatułki, która ma najlepszy kształt do zaciągania tego jedynego miejsca w tym jednym wyjątkowym produkcie, ale też ze względów bezpieczeństwa i dbania o zdrowie. Pałętające się po podłodze kable są świetne gdy chcecie się potknąć i wybić zęby albo zniszczyć pracę nad którą miesiąc pracowaliście. Źle zorganizowane stanowiska pracy mogą wpływać na ergonomię, a to w konsekwencji może narażać na niepotrzebny wysiłek (bolący kręgosłup tak bardzo zniechęca do pracy). Oczywiście nie chodzę po pracowni i nie sprawdzam kątów pod jakimi pracują moje kończyny i nie mierzę ilości kroków od stanowiska do stanowiska. Ale gdy zauważam, że miejsce do odlewania w formach jest za szerokie i wymusza niepotrzebne przenoszenie ciężkich form w pozycji bardzo niewygodnej, to to zmieniam, sprawdzam czy jest lepiej i ewentualnie coś poprawiam. Podkreślam, że nie chodzi mi o sporadycznie wykonywaną pracę, tylko o codziennie powtarzane czynności. Sprawa kręgosłupa jest dla ceramików o tyle ważna, że mają często do czynienia z ciężkimi przedmiotami. Glina, sypki gips, szkliwa, formy gipsowe – to wszystko waży. Jeżeli podnosimy coś z ziemi, to tylko kucając, a nie nachylając się. Nie zadbacie o to dziś – zadba o to za kilka lat jakiś kręgarz czy ortopeda; ale przyjemnie nie będzie. Skończyłem pisać ten akapit i przypomniałem sobie, że przecież powinienem codziennie robić ćwiczenia na kręgosłup, ale ich nie robię. Uderzę się zatem w pierś, bo się mądrzę, a sam o siebie nie dbam.

Ceramika prąd nie tyka

Dzwonię raz do warszawskiego ZGNu, z pytaniem o pewien lokal do wynajęcia. Chciałem dowiedzieć się czy jest tam instalacja trójfazowa (potrzebna mi do obecnego pieca, a do większego w przyszłości to już na pewno). „Światło to tam jest, a tak to ja nie wiem” – tyle się dowiedziałem. Koniec anegdoty.

Przed podłączeniem pieca, zainstalowałem sobie dzięki pomocy znajomego (jeszcze raz dzięki panie Karolu) wyłącznik różnicowo-prądowy. To takie urządzenie, który wykrywa, że gdzieś „ucieka” prąd. Prąd może uciekać np. przez ciało człowieka, gdy jest przebicie do obudowy, a człowiek tej obudowy dotyka, bo się zmęczył pracą przy źle zaprojektowanym stanowisku i z tego zmęczenia się o piec oparł (przyjmijmy, że piec był zimny, bo oparzenie i porażenie prądem to już za dużo szczęścia no i historia też staje się mało wiarygodna). I tak się składa, że w moim piecu takie przebicie na obudowę się zdarzyło – prawdopodobnie jedna ze szpilek przytrzymująca spirale w piecu była nieco za długa i przechodziła przez całą cegiełkę aż do obudowy. Problem naprawiony, piec działa jak należy. Aby mieć pewność, że to zabezpieczenie działa poprawnie, raz na na jakiś czas należy użyć guzika testującego (producent proponuje comiesięczne testowanie).

Jeżeli używacie suszarki lub opalarki do szybkiego podsuszania prac, zwróćcie uwagę na włącznik. Najprawdopodobniej nie jest on wodoszczelny, a wy używacie go mając często na ręce glinowy szlam. Zgadłem? Ten szlam zawiera dużo wody i dzięki temu przez serduszko ceramika mogą pomknąć elektrony. Jeżeli dłoń na skutek skurczu zaciśnie się, przedłużając wasz kontakt z elektrownią, możecie już nigdy nic nie wytoczyć. A przecież jeszcze tyle niezrealizowanych projektów przed wami, tyle nocy nieprzespanych przez natłok myśli o nowych recepturach szkliw. Serio, nie warto ryzykować. Taki włącznik można zabezpieczyć folią i mocną taśmą klejącą. Oczywiście po jakimś czasie trzeba to poprawić. Dodatkowo można taką opalarkę podłączać do sieci wyposażonej w wyłącznik różnicowo-prądowy. Jeśli was nie przekonałem i uważacie, że przesadzam, że nic się WAM nie stanie, to wyobraźcie sobie trzęsącego się kursanta, któremu tę niezabezpieczoną opalarkę daliście do ręki. Jeżeli nie będziecie mieli wtedy szybkiego dostępu do wyłącznika prądu, to chyba trzeba będzie nauczyć się pięknie recytować: „to nie moja wina wysoki sądzie”. No i ci prawnicy… ich usługi są takie drogie.

Podsumowanie

Obserwując nasze polskie podwórko (nie chodzi mi o ceramikę, ale o pracę w towarzystwie jakichś zagrożeń tak w ogóle) niestety odnoszę wrażenie, że dominuje wśród nas model macho. Zakładanie na siebie elementów ochronnych to obciach, to komunikowanie, że się jest słabym lub że się czegoś nie umie. Prawdziwy fachowiec nie potrzebuje żadnej ochrony, a nawet z dumą pokazuje brakujący fragment palca. Tak się ze szwagrem pracowało!

Nie słuchajcie takich „fachowców” i nie ufajcie sobie za bardzo. Wypadki charakteryzują się tym, że nikt się ich nie spodziewa – oto cała tajemnica problemu. Zabezpieczamy się właśnie dlatego, że nie mamy wiedzy na temat tego co niesie przyszłość (chyba że jesteśmy Wróżbitą Maciejem).

W tym całym BHP nie chodzi wcale o utrudnianie sobie życia, w imię bezsensownych zasad. Chodzi o myślenie, o przewidywanie i o troskę o siebie. Przecież jako ludzie jesteśmy ważni.

Naprawa pieca

Ten dzień nie zapowiadał się jakoś szczególnie, a zestaw porannych czynności obejmował to co zwykle. Mam taki odruch, że gdy wchodzę do pracowni, od razu patrzę na piec, a konkretnie – na sterownik. Najczęściej widnieje na nim obecna temperatura pieca, co pozwala mi oszacować ile jeszcze będzie stygł po wypale i ile minie czasu zanim go otworzę. Czasem sterownik pokazuje błąd B2 lub B3, co oznacza, że nastąpiła przerwa w dostawie prądu i piec kontynuował lub zatrzymał wypał – zdarza się. Tym razem jednak, na wyświetlaczu żarzyły się na czerwono inne znaki – A4. Często boimy się tego, czego nie znamy – no to się wystraszyłem. Instrukcja sterownika mówiła wyraźnie – to może oznaczać przepaloną spiralę, czyli element grzewczy znajdujący się w ścianie, a czasem i w klapie bądź podłodze pieca. Ponieważ piec był jeszcze zbyt gorący by go otwierać, musiałem zająć się czymś innym. W pracowni nigdy nie brakuje rzeczy do zrobienia. Nigdy, zapewniam Was. Ale strasznie mi praca nie szła, a myśli krążyły wokół tego co mogło się wydarzyć w piecu. Czy spirala po 3 latach i 320 wypałach może się zużyć? Czy to już teraz? Podczas tych intensywnych rozmyślań przypomniałem sobie, że wstawiłem do pieca pewną próbkę – wsypane do miseczki kawałki kwarcu (podobno), które miały się stopić, by dać jakiś ciekawy efekt. Próbkę wypalałem w ramach eksperymentu dla osoby przychodzącej na warsztaty. Sam byłem ciekaw co wyjdzie.

Po otwarciu pieca i dostrzeżeniu dziwnych plamek na półce i pracach znajdujących się obok próbki, nie miałem wątpliwości, że ten wypał był wyjątkowy. Po wyjęciu półek moim oczom ukazało się miejsce, gdzie rozegrał się dramat tej nocy. Okopcony krater w cegle i brak ok. 4 cm spirali świadczył niezbicie, że próbka zagotowała się i wystrzeliła jak wulkan na wszystkie strony, spadając na spiralę i powodując jej przepalenie.

Gdy już wypłakałem się w poduszkę, przyszedł czas na zorganizowanie naprawy i to w tzw. trybie ASAP – trzeba wypalać kolejne zamówienia oraz prace warsztatowe. Z pomocą i dobrą radą przyszli Magda Łysiak, Kasia Modrzejewska i Kuba Kalinowski. Dzięki ich wsparciu oszacowałem swoje szanse na samodzielną naprawę na poziomie „dasz sobie radę”. Spiralę postanowiłem zamówić u polskiego producenta elementów grzejnych, rezygnując z droższej, oryginalnej od producenta pieca. Warto zauważyć, że w tym piecu spirala jest jedna, co oznacza konieczność wymiany całości. Nie jest to jakiś gigant, ale nie jest to też mikro-piecyk, dlatego zupełnie nie rozumiem, dlaczego producent nie podzielił spirali na co najmniej 2 odcinki. A nie, przepraszam, chyba wiem dlaczego…

Samą wymianę spirali miałem okazję kiedyś obserwować, więc powtórzenie tego nie było żadnym wyczynem. Po pierwsze należy odłączyć zasilanie pieca – wiadomo. Potem, za pomocą wąskich szczypiec należy wyjąć „szpilki” przytrzymujące spiralę; w skrzynce elektrycznej odłączyć ją od zacisków i już można całość wybebeszyć. Ponieważ element grzewczy musi być identyczny, musiałem zawieźć spiralę na wzór. Podczas gdy z kanthalowego drutu skręcano nową grzałkę, ja musiałem naprawić cegiełkę oraz oczyścić wnętrze pieca z wszelkich zabrudzeń substancją, która go zniszczyła. Zdemontowałem klapę, wyjąłem termoparę i odkręciłem skrzynkę z elektryką od korpusu pieca. Jej demontaż był o tyle łatwy, że wkręty mocujące ją zamieniły się po 3 latach używania pieca w rdzawe gwoździki – chemicy mieliby co analizować. Oczywiście wymieniłem je na nowe.

Blaszany płaszcz stanowiący obudowę pieca zabezpieczyłem taśmą transportową i zabrałem się do stopniowego poluzowywania go. Gdy luz między cegiełkami był na tyle duży, że dało się je swobodnie wyjmować, ogołacałem wnętrze z kolejnych klocków numerując je, by nie kombinować potem z dopasowywaniem – na pewno nie są identyczne.

Zniszczoną część cegiełki odciąłem i wyrzeźbiłem z nowej (można kupić w sklepach z materiałami ogniotrwałymi) fragment, w którym leży spirala. Musiałem ciąć 2 razy, bo za pierwszym nie wyszło mi to za dobrze i powstałyby spore szczeliny między sąsiednimi cegłami. Dosztukowaną część przykleiłem klejem do kominków odpornym na temperatury do 1500°C. Wszystkie pozostałe cegiełki bardzo dokładnie obejrzałem i usunąłem z nich dłutkiem wszelkie zabrudzenia, które mogłyby dalej trawić ceglaną tkankę lub, o zgrozo, nową spiralę. Po upchnięciu cegieł z powrotem i ściśnięciu płaszcza okazało się, że górny rant pieca, na którym spoczywa klapa, nie jest równy. Było to do przewidzenia – cegiełki nie ułożą się identycznie, na tym samym poziomie. Zeszlifowałem więc je na równo; różnice nie przekraczały 1 mm, więc poszło szybko. Na koniec cały piec bardzo dokładnie odkurzyłem.

Potem już było z górki. Zamontowałem termoparę i skrzynkę, włożyłem nową spiralę i przymocowałem ją „szpilkami”. Brakujące i połamane dorobiłem przycinając drut kanthal o średnicy 1,5 mm. „Szpilki” nie mogą być za długie, ponieważ mogą dojść aż do obudowy pieca powodując przebicie prądu na nią. Jeżeli do tego zapomnimy podłączyć uziemienie w skrzynce z elektryką to uratować nas przed porażeniem może już chyba tylko wyłącznik różnicowo-prądowy (ale o nim w innej notce). Podczas mocowania spirali trzeba zwrócić uwagę na równomierne jej naprężenie w całym kanale. Dobrze jest zrobić sobie jakieś narzędzie do dobijania „szpilki” do końca; może to być np. odpowiednio upiłowany gwóźdź. Ponieważ pozycja podczas montażu spirali jest jest bardzo niewygodna, a sama czynność jest czasochłonna, trzeba zatroszczyć się o swój kręgosłup. Do wyboru macie robienie przerw co jakiś czas (będzie dłużej), zakup egzoszkieletu (będzie drogo) lub rehabilitację (będzie niefajnie). Punktów mocowania „szpilek” było bardzo dużo, a dostęp do najgłębszej części pieca był bardzo utrudniony, dlatego miejsca, gdzie wbiłem „szpilkę” zaznaczałem flamastrem (tusz zniknie w trakcie wypału). Należy zwrócić uwagę, żeby nie wbijać „szpilki” w istniejące dziurki, tylko trochę obok – inaczej nie będzie dobrze trzymała.

Po upewnieniu się, że wszystko jest połączone jak poprzednio (wszelkie zdjęcia i opisy kabli są bardzo wskazane) oraz zadbaniu o dobre dopasowanie klapy, zaprogramowałem wypał na pusto, zgodnie z zaleceniem producenta spirali i gdy usłyszałem znajome klepanie styczników i mruczenie wydobywające się z pieca przybiłem sam sobie „piątkę”.

Pytania kontrolne po przeczytaniu notki:

  • Czy warto być samodzielnym? Odpowiedź uzasadnij.
  • Czy i w jaki sposób mogą pomóc mi inni? – ćwiczenie wykonaj w parze z inną osobą
  • Na co zwrócę uwagę podczas kolejnych eksperymentów? Jak zabezpieczę piec?

Pytanie dodatkowe (dla chętnych; z gwiazdką)

  • Jakich substancji nie wolno wkładać do pieca elektrycznego?

Życzę Wam spektakularnych efektów podczas wypałów i jak najmniej awarii! Dbajcie o swoje piece 🙂

Odstojnik do gliny

Jest taki problem ze sprzątaniem po skończonej pracy, że niewielu lubi to robić. Ale skoro trzeba, to dobrze jest sobie sprawę ułatwić. Bardzo niewygodnie myje się wiadra lub miskę od koła garncarskiego w standardowej wielkości zlewie. Jeżeli zlew ten nie jest wyposażony w prysznic tylko zwykły ciurczący kran, to już w ogóle kapota. Glina zamiast schodzić, przykleja się do plastiku, a rozcierana gąbką tylko babrze się. I ten zlew… nic się w nim nie mieści i mimo tego, że już dawno temu wyposażyłem go w prysznic, który w kilka sekund zdziera z plastiku glinę czy inne zabrudzenia, to nie ma go jak użyć – za mało miejsca. Same problemy, nie wiadomo jak żyć. Postanowiłem zbudować sobie naprawdę duży zlew, w którym można chlapać do woli oraz odstojnik, który przefiltruje to, co z tego zlewu spłynie. Dwie pieczenie na jednym ruszcie – to oznacza dużo endorfiny w moim bocianim mózgu.

Odstojnik pozwala na odfiltrowanie gliny (i innych zanieczyszczeń) od wody po to by nie wprowadzać jej do kanalizacji i nie powodować jej zatykania. Glinę, która zostanie odfiltrowana można użyć np. podczas wykonywania form gipsowych lub do innego, bardziej technicznego niż twórczego celu. Jest ona zanieczyszczona, często spleśniała. Można też nią smarować chleb i sukcesywnie zjadać (dla chętnych).

Zasada działania jest niezwykle prosta – woda z gliną trafia do pierwszego zbiornika i tam częściowo rozdziela się tzn. glina (która ma większą gęstość niż woda) opada na dno, a woda pozostaje na górze (zjawisko sedymentacji). Następnie przelewa się do następnego zbiornika, by znów częściowo się rozdzielić. Wreszcie przelewa się do ostatniego zbiornika jako prawie czysta woda. Ważne jest by wysokość kolejnych otworów przelewowych była coraz niższa. Na końcu zastosowałem pompę fontannową do odciągania czystej wody, która trafia wężem do zlewu. Można wylot połączyć bezpośrednio z kanalizacją, ja nie miałem takiej możliwości.

Konstrukcja jest prymitywna i tania. Całość składa się z 3 kastr budowlanych, wiadra, wsporników, rurki i pompy fontannowej z wężykiem (jak wspomniałem powyżej, nie jest ona konieczna). Dwa wsporniki pod dnem gwarantują odpowiednią wytrzymałość – można spokojnie wstawić tam ciężkie wiadro. Elementem dodatkowym jest duży arkusz plastiku, który osłania ścianę i regał – naprawdę można lać bez obawy o zachlapanie czegokolwiek, wszystko ścieka do zlewu. Raz na jakiś czas wszytko opróżniam, czyszczę pompę i co tam jeszcze jest do wyczyszczenia. Na jednym ze zdjęć możecie zobaczyć połączenie kabli zasilających pompę oraz włącznik, które dla bezpieczeństwa szczelnie osłoniłem grubą folią. Zrobiłem to, bo śmierć w odstojniku gliny umieściłbym gdzieś na końcu listy atrakcyjnych sposobów opuszczenia tego świata.

Całość kosztowała mniej niż 200 zł, a wszystkie elementy można kupić w sklepie budowlanym. W sklepach dla ceramików odstojniki kosztują od ok. 1500 zł. Oczywiście jeżeli macie jakieś lepsze odstojnikowe rozwiązania to podzielcie się nimi, np. w komentarzach.

Szamot w pracowni ceramicznej

Czym jest szamot pewnie wiecie. To wypalona i zmielona glina, nazywana również palonką. Ceramicy mają najczęściej do czynienia z szamotem jako składnikiem gliny. Im go więcej lub im większe jego ziarna tym glina jest mniej podatna na deformacje i lepiej nadaje się do większych konstrukcji czy rzeźb. Wybacza więcej błędów, na przykład podczas suszenia oraz ma mniejszą kurczliwość. Na drugiem biegunie znajdują się masy w ogóle nie zawierające szamotu np. te do odlewania w formach gipsowych, a także plastyczne masy porcelanowe, do których ewentualnie można dodawać molochit, aby trochę taką masę wzmocnić czy też „odchudzić”. Obecnie można wybierać w naprawdę imponującej ilości glin z różną zawartością szamotu i różną wielkością ziaren. Jeżeli koniecznie chcemy sami wzbogacać masę o szamot, aby nadać jej pożądane właściwości, musimy zadbać o bardzo dobre wymieszanie go z gliną.

Innym zastosowaniem szamotu (gruboziarnistego, bo się tak nie pyli) jest przedzielanie czerepów stojących na sobie podczas wypału na biskwit. Piętrzenie czerepów na sobie oszczędza miejsce w piecu i pozwala na lepsze jego załadowanie. Miski lub płaskie talerze można stawiać na sobie ale jeżeli układamy cały ich stos lub gdy nie są najlżejsze – warto je przedzielić warstwą szamotu. W trakcie wypału zarówno półki pieca jak i wsad pracują, a prace kurczą się. To powoduje, że zbyt obciążone naciskiem prace (np. najniższy talerz w stosie) pękają, mimo dźwigania wcale nie tak dużych ciężarów. Warstwa szamotu sprawia, że wszystkie prace w stosie kurczą się ze zminimalizowanym tarciem – ziarna szamotu działają wtedy jak kulki w łożysku. Przedzielanie prac szamotem stosuję zawsze; wolę dmuchać na zimne (akurat w przypadku wypału to raczej na gorące*). W zasadzie nic mnie to nie kosztuje – jest on wielokrotnego użytku, a takie zabezpieczenie pozwala mi spać spokojnie, zwłaszcza gdy wypalam nie swoje prace.

Na pierwszym zdjęciu widać jak dzięki szamotowi podniosłem nieco lewy stos naczyń. Bez tego by się po prostu nie zmieścił. Niezależnie od tego czy stosujecie szamot w piecu do takich celów czy nie, pamiętajcie, że raz na jakiś czas piec trzeba odkurzyć, zwłaszcza spirale.

Szamot można kupić lub wyprodukować samemu. W każdej pracowni ceramicznej powstają niezbyt ekologiczne śmiecie, z którymi nie za bardzo wiadomo co robić. Takimi śmieciami są m.in. wyroby biskwitowe, które się połamały lub są nieprzyzwoicie brzydkie lub zostały zapomniane przez cały świat, z autorem na czele. Takie biskwity można potłuc młotkiem i dodatkowo zmielić na drobne ziarna. Ja robię to wielką maszynką do mięsa. Nie jest to najprostsze rozwiązanie i trzeba się trochę napocić, bo taka spieczona glina stawia dość duży opór. Inną metodą jest zmielenie suchej, surowej gliny i wypalenie jej. Warto odsiać te najmniejsze drobinki, ponieważ strasznie pylą podczas przesypywania. Pamiętajcie o zabezpieczeniu dróg oddechowych; drobny pył szamotowy to jedna z tych rzeczy, którymi Wasze płuca na pewno nie chciałyby oddychać.

* suchar ceramiczny to coś od czego trudno jest mi się powstrzymać

Skrobaki do gliny

Naprawdę irytowała mnie pewna rzecz: brak narzędzia do eleganckiego i szybkiego drapania gliny w miejscu łączenia z innym kawałkiem, np. w miejscu doklejania ucha. Jeżeli pracujemy z lekko podsuszoną gliną to takie zadrapania warto oczywiście pokryć jeszcze glinowym szlamem (czy „klejem”, jak kto woli). Zawsze używałem drucianych szczoteczek, ale wiecznie miałem z nimi problem – rozczapierzając się, drapały też nie tam gdzie trzeba; wchodziła w nie glina. Takie pierdoły, które jednorazowo nie doskwierają bardzo, ale z czasem zaczynają denerwować. Szczoteczka ze sklepu dla ceramików też nie zdała egzaminu. Za gęsto ułożone druciki raczej zdzierały glinę jak łopatka, zamiast ją zadrapywać. I w końcu zrobiłem sobie narzędzia idealne dla moich celów. Proste, tanie i dokładnie takie, jakich domagała się moja pedantyczna natura.

skrobaki do gliny

Wykonanie jest bardzo proste. Najtańszy brzeszczot do metalu łamiemy na kawałki (załóżcie okulary ochronne, żeby nie trzeba było dzwonić po karetkę do uszkodzonego odłamkiem oka). Rozcinamy nożem pałeczkę chińską (przyda się rękawica ochronna; ze skaleczonymi palcami raczej nic nie wytoczycie na kole) i wklejamy brzeszczot na klej cyjanoakrylowy np. Kropelka (nie sklejcie sobie palców ani powiek). Kleju nie ma co żałować, trzeba go wpuścić w szczeliny i ścisnąć całość szczypcami na kilkanaście sekund. Ostre krawędzie i zadziory powstałe przy łamaniu brzeszczotu można wyszlifować tarczką diamentową założoną na małą szlifierkę. Ja zrobiłem sobie od razu narzędzia w kilku rozmiarach.

Takie ułamane brzeszczoty świetnie nadają się także do zgrubnego wykańczania detali na modelach czy formach gipsowych.

Azulejo

Na przełomie sierpnia i września byłem w Portugalii. Z żoną swoją i przyjaciółmi byłem. Dwa tygodnie jako tako wystarczyły by objechać wybrzeże i odwiedzić trzy miasta: Sintrę, Porto i Lizbonę. W każdym z regionów, w którym się znajdowaliśmy, nie sposób było nie zauważyć wszechobecnych naściennych płytek – azulejo. Stare, odpadające od ścian lub położone całkiem niedawno z dość nowoczesnym wzornictwem; na fasadach domów, na klatkach schodowych i pod ziemią (na stacjach metra) – obecne po prostu wszędzie, zachwycały mnie swoją różnorodnością.

Sama nazwa azulejo wywodzi się od arabskiego słowa azzelij (mały, wyszlifowany kamień). W Portugalii szkliwione płytki stosowane jako posadzki były już od XIII w., natomiast płytki ścienne wprowadzono do użycia w wieku XVI, a odpowiedzialny za to był król portugalski Manuel I Szczęśliwy, którego zafascynowały mauretańskie mozaiki zdobiące wnętrza w Hiszpanii.

Obecnie produkcja azulejo ma się dobrze – nadal funkcjonują fabryki wytwarzające płytki, którymi Portugalczycy kryją ściany domów, klatek schodowych, pomieszczeń użyteczności publicznej (w szczególności dworców i stacji metra).

Bardzo oryginalnie wykorzystano je też do dekoracji lizbońskiego oceanarium.

Pewną ciekawostkę odkryłem na wystawie poświęconej identyfikacji wizualnej portugalskich linii lotniczych TAP zorganizowanej w lizbońskim muzeum MUDE. Projekty papierowych obrusów oraz wnętrza kabiny Boeinga 737 również wykorzystywały wzornictwo charakterystyczne dla azulejo. W tym drugim przypadku, oczywiście, ceramiczne płytki były zastąpione reprodukcjami. Tak ozdobione wnętrza kabiny pasażerowie I klasy mogli podziwiać w latach 70. i 80.

Zarówno współczesne jak i zabytkowe płytki można kupić w specjalizujących się w tej dziedzinie sklepach. Oferują one pojedyncze egzemplarze, zestawy lub całe naścienne kompozycje. Ceny płytek zabytkowych niestety zaczynają od ok. 50 € za sztukę. Zestaw 4  hiszpańsko-arabskich płytek z XVIII w. to już 1200 €. My na pamiątkę kupiliśmy sobie współcześnie wykonaną płytkę pochodzącą z fabryki Sant’Anna, która ma swój sklep w Lizbonie. Zajrzyjcie tam, jeżeli będzie kiedyś odwiedzać to miasto.

Sant’Anna Showroom
Rua do Alecrim 95
1200-015 Lisboa

Zaraz obok znajduje się także inny sklep ze starymi płytkami. Ich pochodzenie chyba nie zawsze jest jasne. Część z nich jest ratowana ze zniszczonych budynków, część po prostu kradziona, o czym poinformowała nas właścicielka sklepu z winami (bo oprócz płytek w Portugalii, naturalnie, należy zainteresować się też winem – my nawet aż za bardzo się nim interesowaliśmy), która to opowiedziała o budynku jej firmy zupełnie ogołoconym pewnej nocy z azulejo pokrywających wewnętrzne ściany budynku.

Będąc w Lizbonie warto także odwiedzić muzeum pytek, w którym znajdują się nie tylko wyjątkowo stare mozaiki lecz również współczesne prace. Jednym z wielu ciekawych dzieł jest długa na ponad 20 m panorama przedstawiająca Lizbonę sprzed trzęsienia ziemi w 1755 r.

Museu Nacional do Azulejo  (National Tile Museum)
Rua da Madre de Deus 4
1900-312 Lisboa

Chyba najprzyjemniejszym dla mnie, jako ceramika, faktem jest to, że będąc w Portugalii można poczuć, że sztuka wykonywania naściennych płytek nie umarła. Płytki towarzyszą tam ludziom na każdym kroku. Nie są jakąś tam tandetną sztuką tworzoną pod turystów, ale autentycznym elementem tej kultury. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś odwiedzimy Portugalię. Nie tylko dla płytek, rzecz jasna. Wino nad oceanem po prostu lepiej smakuje.

Tak gorąco, że aż ceramika się poci

Będąc niedawno w Kazimierzu Dolnym spociłem się bardzo. Temperatura sięgająca 38°C dawała się we znaki tak mocno, że nawet jazda na rowerze nie sprawiała przyjemności. W ogóle ciężko było zdecydować z żoną co robić w taki upał. Zaszycie się z książką w naturalnie klimatyzowanej chatce wydawało się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. W przerwach między jedzeniem, chłodzeniem organizmu i próbą pokonania okolicznych wzniesień na dwóch kołach (w sumie czterech), postanowiliśmy odwiedzić kilka Kazimierskich galerii. Warto od czasu do czasu przyjrzeć się ceramice, którą się w takich miejscach sprzedaje, odkryć jakiegoś interesującego twórcę czy nawiązać współpracę. I oto wśród dość mocno pogiętych i kolorowych obiektów zauważam kubki z bardzo prostym wzornictwem, takim, które coraz bardziej mi odpowiada. Ot – odciśnięty motyw roślinny, przetarty czarną glinką lub szkliwem, forma bardzo prosta. Fajne, takie zwykłe, ale bardzo estetyczne w swej prostocie kubki. Chwytam więc w dłoń pierwszy z brzegu… i już wiem. Leciutki jak piórko, prawie nic nie waży, bo porowaty jak gąbka. Zaglądam do środka – szkliwo postrzelane tak bardzo, że wraz z niespieczoną gliną kubek taki może świetnie służyć jako durszlak.

– Nie ciekną? – pytam osobę sprzedającą w galerii. Pytam bardziej prowokacyjnie niż żeby się naprawdę dowiedzieć.
– Nieee – zapewnia – Co najwyżej trochę się spocą.

„Pocenie się” to taki ceramiczno-lingwistyczny wytrych. Z ust ceramików i sprzedawców słyszałem to określenie wiele razy i za każdym razem czuję straszną bezsilność. Bo na te fajansowe, niedopalone twory które najzwyczajniej w świecie przeciekają, jest po prostu moda. Do tej pory myślałem, że głównie na warsztatach ceramicznych, na których w ramach oszczędności większość pracowni nie daje osobom początkującym dostępu do wyższych temperatur. Mam wrażenie, że kamionka to jakiś tajemny świat, do którego wiele osób się nawet nie zbliży, bo albo się boi, albo nie jest do tego w ogóle zachęcona. Jeżeli ktoś początkujący nakupuje sobie szkliw na te zaklęte 1050°C i jasną glinę (najpewniej kamionkową, bo takie są najpowszechniejsze) to prawdopodobnie na długi czas przy tych materiałach pozostanie. Być może z czasem odkryje inne temperatury (lub inne gliny), ale czy nie lepiej już na starcie przedmioty użytkowe robić tak, żeby dobrze służyły? Nad wzornictwem można pracować latami – wiadomo – rozwijamy się, zmieniają się nasze gusta, odkrywamy inne techniki. Ale technologii nie ma co odkrywać. Wystarczyłoby tylko mieć do niej dostęp.

Oczywiście, są wypadki, gdy naczynie będzie przeciekać ze względu na specjalnie przyjętą technologię (np. raku), ale uważam, że w takich wypadkach należy osobę kupującą taki przedmiot o tym fakcie poinformować. Strach pomyśleć, co się stanie, gdy nabywca wazonu naleje do niego wody i zostawi na nowym meblu, a wazon ten nie wytrzyma upału i się… spoci.

Restauracja Na Talerzach

Niedawno miałem okazję zmierzyć się z ciekawym i dość dużym projektem. Dla nowo otwartej w warszawskim Wilanowie restauracji Na Talerzach wykonałem płytki ozdabiające bar, doniczki oraz różnego rodzaju naczynia. Koncepcję dostarczyła architektka Kamila Miryn z A+D Retail Store Design. Do mnie należało wykonanie. Udało się! Około 700 kolorowych płytek pokryło centralny element restauracji – bar, za którym możemy podejrzeć pracę kucharzy. W przypadku tego projektu różnorodność poszczególnych płytek (nawet w ramach tego samego koloru) stała się jego esencją, smaczkiem, który doceni każdy, kto uważnie przyjrzy się szczegółom. Wykonanie ponad 700 płytek kosztowało dużo pracy, ale efekt przerósł moje oczekiwania. W innej części restauracji znajduje się ściana z roślinami mieszkającymi w doniczkach wytoczonych przeze mnie na kole garncarskim. Podobne doniczki, ale mniejsze, zostały wykorzystane jako naczynia do podawania sztućców, a także frytek.

Ważnym elementem menu restauracji są tapasy – niewielkie przekąski. Podaje się je w prostokątnych naczynkach, które również wyszły z mojego pieca. Zupy i makarony kucharze serwują w głębokich, kolorowych naczyniach, których tradycyjny kształt został zmodyfikowany ukośnym ścięciem.

Wszystkie elementy wystroju i naczynia współgrają ze sobą. Łączy je przede wszystkim duża ilość intensywnych kolorów, obecnych również w innych elementach wnętrza. Dzięki nim w restauracji panuje przyjemny, radosny klimat. Całości dopełnia oczywiście to co najważniejsze – znakomite jedzenie.

II część XI Międzynarodowego Biennale Ceramiki Stowarzyszenia KERAMOS

W czerwcu zamieściłem na blogu fotorelację z I części XI Międzynarodowego Biennale Ceramiki Stowarzyszenia KERAMOS. Obecnie można odwiedzić wystawę II części tego Biennale (do 28.11.2014 w Klubie Kultury Saska Kępa, ul. Brukselska 23, Warszawa). Wydarzenie to jest o tyle dla mnie szczególne, że jest to mój ceramiczny debiut i to w bardzo zacnym gronie. Dzięki Stowarzyszeniu Artystów Ceramików KERAMOS mogłem pokazać swoją pracę zatytułowaną „Bezsilność”. Do stworzenia pracy użyłem gliny, żywności oraz żywego ognia z pieca RAKU. Niech każdy chętny ogląda, ocenia i szuka swoich własnych sensów w mojej pracy. Ja starałem się zamknąć w niej beznadziejną i potwornie przygnębiającą emocję – bezsilność.
Bezsilność/Helplessness - Krzysztof Bocian
Zdjęcia innych prac z wystawy oraz z samego wernisażu możne obejrzeć na Facebooku.

Artystyczny plener w Gołyminie

Pod koniec czerwca 2014 r. miałem okazję uczestniczyć w artystycznym plenerze, zorganizowanym w bardzo ładnym gospodarstwie w Gołyminie. Pojechało ze mną koło garncarskie i stosowny zapas gliny. Bardzo miło było pracować wśród innych artystów. W dzień tworzyliśmy, wieczorem zasiadaliśmy do ogniska lub tańczyliśmy. Bawiliśmy się pysznie! Poniżej zamieszczam zdjęcia autorstwa Asi, Wieśka i Basi. Serdeczne podziękowania dla Żbika, który był gospodarzem pleneru.

RAKU – kolejne starcie

20 czerwca po raz kolejny miałem okazję uczestniczyć w wypale RAKU. O tej technice pisałem już w jednej z wcześniejszych notek. Doświadczenia z poprzedniego wypału bardzo przydały się w przygotowywaniu kolejnych prac. Pomimo kaprysów pogody bawiliśmy się pysznie. Tym razem w zmaganiach z kopcącymi kotłami towarzyszyli mi: Kasia, Łukasz, Ewelina, Beata i Tosia. To było bardzo udane RAKU!


11 Międzynarodowe Biennale Ceramiki Stowarzyszenia Keramos

3 czerwca 2014 roku odbył się wernisaż wystawy prezentującej prace artystów ceramików zrzeszonych w Stowarzyszeniu Keramos. Tematem przewodnim jest GRA (na jesień planowana jest już kolejna wystawa o takim samym tytule). 22 artystów przedstawiło swoje prace w jednej z sal Domu Artysty Plastyka w Warszawie. Poniżej prezentujemy zdjęcia prac i zachęcamy do zobaczenia ich na żywo. Wystawa potrwa do 29 czerwca.


Tango, Małgorzata Chmielińska


Pchełki, Andrzej Chybowski


bez tytułu, Dolores de Frutos


Układ, Krystyna Kaszuba-Wacławek


Kadr, Renata Komorniczak


Muzykanci, Zofia Kosiorek


Gracja I, Gracja II, Marek Kotarba


Dwa ognie, Marek Kotarba


bez tytułu, Łukasz Kuczyński


Moje małe Biokovo, Łukasz Kuczyński


bez tytułu, Pola Kurcewicz-Krystyniak


bez tytułu, Marzena Matusik


bez tytułu, Marzena Matusik


Warcaby, Małgorzata Miękina


Rozegrany, Barbara Moderau


3×12, Marek Moderau


bez tytułu, Katarzyna Modrzejewska


bez tytułu, Katarzyna Modrzejewska


Światłocień, Iryna Radkiewicz


Bingo, Maria Sawicka-Biczyk


Komórki do wynajęcia, Katarzyna Stefaniak


bez tytułu, Katarzyna Stefaniak


Gra wyobraźni, Kasia Stefańska-Białek


bez tytułu, Jerzy Szczepkowski


Wypadli z gry, Maryna Szöllősi


Domek z dziwnych kart, Maryna Szöllősi


Oszust, rzeźbiony de La Tour, Maryna Szöllősi


Pomnożone, podzielone, Tadeusz Walter


Statki, Magdalena Zaborowska

Kwietniowe RAKU

Pod koniec kwietnia 2014 r. miałem okazję uczestniczyć w swoim pierwszym wypale RAKU. Jest to technika wypału prac ceramicznych pokrytych szkliwami polegająca na bardzo szybkim osiągnięciu temperatury wypału szkliw (w tym przypadku ok. 900°C), a następnie na umieszczeniu prac w atmosferze redukcyjnej (beztlenowej) np. w towarzystwie palących się trocin. Efekty takiego wypału są bardzo często nieobliczalne. Większość czynności wykonuje się „na oko”. Wspomniana redukcja szkliw nie jest kluczowym elementem RAKU. Japończycy, którzy w XVI w. wymyślili tę technikę nie stosowali redukcji, lecz chłodzili naczynia w wodzie lub na powietrzu. Właśnie gwałtowne studzenie prac powoduje powstawanie spękań w szkliwie (tzw. krakli). Aby praca przeżyła taki wypał musi być na tak gwałtowny spadek temperatury odporna. W innym wypadku pęknie.

Miejscem naszych działań była działka w okolicach Konstancina. Łukasz Kuczyński, który był mistrzem ceremonii pomógł mi wybrać i przygotować szkliwa, które różnią się nieco od tych, których używam na co dzień w piecu elektrycznym. Prace, które zostały nominowane do pierwszego RAKU, wytoczyłem na kole (pod okiem Łukasza i Dolores de Frutos, należących do stowarzyszenia Keramos).

Na początek powoli rozgrzewaliśmy załadowany pracami piec, kierując w jego czeluść płomień z palnika gazowego. Pierwszy wypał trwa najdłużej – ok. 1,5 h, natomiast następne, to czasem kwestia tylko 30 min. Nagrzewanie gazowego pieca RAKU w porównaniu z kilkugodzinnym nagrzewaniem w piecu elektrycznym daje ogromną różnicę, pozwalającą zrobić w ciągu jednego spotkania dużo wypałów.

Gdy szkliwa na pracach zaczęły się błyszczeć, sprawdziliśmy jeszcze raz czy wszystko mamy gotowe, zdjęliśmy pokrywę i rozpoczęło się przekładanie do kotłów z trocinami z jednoczesnym przysypywaniem prac od góry. Zapełniony kocioł przykrywa się metalową pokrywą i mokrymi ręcznikami, które trochę ograniczają kopcenie, co nie znaczy, że nasze ubrania po całej imprezie będą przyjemnie pachniały. Podczas gdy prace kopcą się w kotłach, my organizujemy już kolejny wsad i odpoczywamy delektując się wspaniałą pogodą i smakołykami, które oczywiście zabraliśmy ze sobą.

„No ale jak wyszło? Jak wyszło?!” – to pytanie nieobce żadnemu ceramikowi. Może już zobaczymy, a może jeszcze chwilę zaczekajmy…. Doooobra, wyjmujemy! Jeszcze gorące prace przekładamy szczypcami do balii z wodą, by je ochłodzić. Następnie trzeba je przetrzeć z sadzy i już można podziwiać nieprzewidywalne efekty tej techniki.

Potem cykl się powtarza – kolejne prace idą do redukcji, kolejne do pieca, te zaś, które się redukowały – trafiają w nasze ręce, niecierpliwie ścierające sadzę. Obydwaj byliśmy zadowoleni z tego RAKU. Ja nauczyłem się czegoś nowego i odkryłem kolejny ciekawy obszar w ceramice, Łukasz stworzył kolejne, świetne prace, które być może niedługo będą ozdobą czyjegoś domu.

Wypał RAKU to coś więcej niż zwykły wypał ceramiki. Sądzę, że dla wielu ceramików to trochę jak grillowanie – spotkanie z innymi ludźmi na świeżym powietrzu, odpoczynek, jedzenie, dyskutowanie, czyli bardzo przyjemne spędzanie czasu. RAKU po japońsku oznacza radość, spokój, przyjemność.

Bruce Lee też popełniał błędy

Mistakes are always forgivable, if one has the courage to admit them.

Bruce Lee

Nie uda się panu!

Ja też kiedyś zaczynałem. A było to tak: „Dzień dobry, czy Państwo produkujecie piece do ceramiki?” – tymi słowami witam się z osobą po drugiej stronie linii, licząc na to, że rozmawiam z kimś, kto doradzi mi i pomoże wybrać odpowiedni model pieca. „Tak, produkujemy, ale czy pan jest ceramikiem?” – odpowiada mi ten ktoś, a ja już wiem, że nie ubijemy interesu; „…bo wie Pan, nie poradzi pan sobie, lepiej niech pan od nas kupi piec do topienia szkła, wszystko pokażemy, wszystkiego nauczymy, to jest teraz bardzo modne.”

Inna sytuacja, w domu moich znajomych, podczas której opowiadałem o tym, że właśnie zakładam pracownię ceramiczną. Pewien obcy mi pan, który także tam był, z powątpiewaniem oznajmił: „pracownię, pracownię… to potrzeba pieca! Ma pan w ogóle piec?” Żałuję, że nie zgrywałem głupiego i nie zapytałem tego „fachowca” czy nie dałoby się jakoś w piekarniku wypalać. Przecież to prawie to samo.

Robisz to źle

Dooobra, piec jest, glina i szkliwa są… to do roboty! Pierwszy rok działania mojej pracowni to przede wszystkim rok nauki, organizacji wszystkiego od podstaw i weryfikacji miliarda pomysłów, z których część przeszła do następnego etapu, a część do kosza. Jako że jestem tylko człowiekiem, pozwoliłem sobie popełnić po drodze trochę błędów. W ten sposób chyba najlepiej zdobywa się doświadczenie.

Piec jest i grzeje. Świetnie – na pewno zdjęcie rozżarzonych do czerwoności spiral będzie bardzo efektowne. Efektowna jest też natychmiast zapalająca się szmata, która znajduje się na drodze powietrza o temperaturze zaledwie 300°C. Pożaru nie było.

Piec zieje gorącym powietrzem

Odlewanie w formach gipsowych to dość prosta i wygodna metoda produkcji powtarzalnych produktów. Żeby jednak wszystko grało zarówno masa lejna, jak i gips, którego użyto do produkcji form muszą być dobrej jakości. Moja pierwsza masa lejna nadawała się do odlewania jak drzwi do lasu. Nie kupuje się dużej ilości materiału bez jego wcześniejszego sprawdzenia. Teraz staram się pracować na materiałach sprawdzonych i dobrej jakości, a duży zapas tej kiepskiej gliny powoli zjadam.

Zmorą każdego ceramika jest szkliwo spływające z prac i zastygające na półce. Jeżeli jest go niewiele, to jakoś da się to wszystko odłupać, ale jeśli duża ilość szkliwa wżarła się w półkę, to bez szlifierki kątowej dużej mocy będzie ciężko. Półki do pieca tanie nie są. Coraz większą uwagę zwracam na ilość szkliwa nakładaną na prace nasze i te wykonane na warsztatach.

Aerograf, o którym pisałem już tutaj, to fajna zabawka, ale bardzo delikatna. W ciągu roku udało mi się załatwić 2 dysze i 2 iglice. Winny okazał się być sam aerograf, który na szczęście firma MAR bezpłatnie mi wymieniła. W przyszłości trzeba będzie zastanowić się nad kupnem pistoletu z dyszą większą niż 0,3 mm. Do nakładania grubej warstwy szkliwa taka dysza jest jednak trochę za mała.

Pęknięta dysza

Makaronowe literki odkryte dzięki pracowni Para Buch sprawdzają się idealnie gdy chcemy wykonać ładny napis w glinie. Możemy je wcisnąć i zostawić – w piecu spopielą się. Podczas suszenia warto dać im się przewietrzyć, bo w przeciwnym razie…

pleśń

Już pisałem o tym jak bardzo ciągnie mnie do prac budowanych z podłużnych, delikatnych wstążek. Do tego, że czasem się coś rozwali trzeba się przygotować już w momencie zabierania się do pracy. Nie należy się dziwić, że coś takiego dzieje się przy wykańczaniu niezwykle delikatnej pracy – patery ażurowej, lepionej z wielu glinowych wstążek. Wyjęcie jej z formy to już powód do świętowania. Potem wykańczanie i… trach! Nie pierwszy i nie ostatni raz. Patera już nie jest paterą, jest ozdobą nad drzwiami w pracowni – też dobrze!

Ozdoba, która była paterą

Samodzielne robienie form gipsowych do odlewania nie jest takie proste jak pokazują to obrazki w podręcznikach dla ceramików. Potrzeba trochę wprawy i wiedzy, którą najlepiej zdobyć od znawcy tematu – praktyka. Moja pierwsza forma do kubka nie jest idealnie spasowana, co powoduje powstawanie dość dużego szwu i przysparza więcej pracy. Następna będzie już idealna!

Szew na odlewie

Człowiek uczy się całe życie. Błędów popełnię jeszcze ho ho, ale mam nadzieję, że będę w tym co robię coraz lepszy.

 

Podsumowanie roku 2013

co dalej w 2014?
Nie da się nie podsumować roku, który minął – był dla mnie bardzo intensywny. Ponieważ pracownia powstała na początku roku, większą jego część poświęciłem na jej urządzanie, eksperymentowanie, uczenie się i dopracowywanie wielu (może nawet zbyt wielu) pomysłów. Zacząłem uczyć się dwóch ważnych technik: tworzenia form gipsowych i toczenia na kole garncarskim. Przede mną jeszcze wiele nauki (właściwie aż do śmierci), ale i ile satysfakcji. W tych zmaganiach z własnym biznesem wsparło mnie wiele osób, służąc nie tylko pomocą w ogarnięciu miliarda problemów, ale też wsparciem duchowym, które było mi bardzo potrzebne. Dzięki za wasze Ciepło!
W nowym roku życzę sobie jeszcze więcej ceramicznych pomysłów i oczywiście ich realizacji, ale przede wszystkim jeszcze bardziej dynamicznego rozwoju. Już teraz przygotowuję się do prowadzenia warsztatów dla dzieci i młodzieży w przedszkolach i szkołach. Podejrzewam też, że moja oferta produktowa bardziej się skrystalizuje. Szczególnie pociągające są naścienne ozdoby i loga. Jeden z takich projektów zrealizowałem (logo dla Południka Zero) i nie mam dosyć.

Logo z gliny dla Południka Zero

Niedawno zakończyłem pracę nad dużym logiem wykonanym z gliny na zamówienie Południka Zero – podróżniczej knajpy z Warszawy. Pomimo pewnych trudności udało się. Logo wisi już w Południku przy ul. Wilczej 25 w Warszawie. Można je obejrzeć sącząc herbatę czy piwo w unikalnej, ciepłej atmosferze.

Tak duże dekoracje naścienne robione z gliny to rodzaj pracy, która z jednej strony daje ogromne możliwości, a z drugiej wymaga dokładnego przemyślenia wszystkich etapów tworzenia. W tym przypadku liczba elementów i docelowa wielkość loga zapewniły nam wiele godzin pracy, ale też ogromną satysfakcję.

„Logo z gliny? Metr na półtora? Ale jak Ty chcesz to zrobić?” – takie pytanie często słyszałem, gdy opowiadałem znajomym o szykującym się zamówieniu. Szczerze mówiąc, sam nie byłem do końca pewien jak. Ogólny zarys tego co ma powstać był w głowie, problem jednak w tym, że należało dograć każdy szczegół dotyczący wycinania w glinie, dzielenia całości na mniejsze fragmenty, pasowania, suszenia, wypalania, szkliwienia, transportowania i montażu. Dodatkowo należało dobrze oznaczyć wszystkie elementy, żeby układanie gotowej pracy nie przypominało układania puzzli, w których wszystkie kawałki wyglądają niemal identycznie.

Na szczęście się udało! 🙂

Narzędzia mniej i bardziej profesjonalne

Tak to już jest, że narzędzia specjalistyczne często są drogie. Po prostu. Nie ważne jak proste, nie ważne z jakich materiałów, ważne że są to narzędzia specjalnego przeznaczenia, wyprodukowane dla wąskiego grona osób działającego w danej dziedzinie. Jako że jestem zwolennikiem oszczędzania i dawania przedmiotom drugiego życia zanim zostaną uznane za zupełnie nieprzydatne, staram się niektóre narzędzia czy urządzenia konstruować samemu, ewentualnie wyszukiwać tanie ekwiwalenty sprzętów dostępnych np. w sklepach dla ceramików. O budowie komory do szkliwienia natryskowego (600 zł zamiast 4000 zł) pisałem już w tej notce.

W trakcie moich wizyt u dentystki (której wcale się nie boję) zawsze rozglądam się po gabinecie w poszukiwaniu ciekawych narzędzi. Czego tam nie ma! Kiedyś dostałem zestaw zupełnie zużytych (i nieprzydatnych w leczeniu zębów) narzędzi. Świetnie sprawdzają się przy rzeźbieniu w wysuszonej glinie. Ostatnio zaś moją uwagę zwrócił… ślinociąg. A konkretnie jego plastikowa końcówka – część jednorazowego użytku.

– Pani doktor, da mi pani takie coś, tylko czyste?
– Żartujesz! Po co ci to?
– Będą z tego wychodziły fantastyczne kwiatki.

Nie myliłem się. Zobaczcie poniżej jaki fajny wzorek można odciskać dzięki temu kawałkowi plastiku. Często zachęcam ludzi przychodzących na warsztaty żeby przeszukali dom pod kątem różnych przedmiotów, które mogą dać ciekawy wzór po odbiciu w glinie. To naprawdę może być wszystko!

Narzędzia do gliny

Obecnie pracuję nad skonstruowaniem wyciskarki do gliny (tzw. ekstrudera), dzięki której można formować podłużne elementy o praktycznie dowolnym przekroju. Takie elementy mogą służyć do szybkiego formowania uszu naczyń, wałeczków niezbędnych do lepienia metodą wałeczkową czy też dziwnych konstrukcji, które bardzo mnie pociągają. Oczywiście taki ekstruder można kupić, jednak 1000 zł to jak na razie za dużo dla naszej pracowni 🙂

Do skrobania wiader po gipsie lub glinie świetnie nadają się karty plastikowe (tylko nie zabierajcie babci dowodu osobistego!). Czasem też używam ich do zaciągania połączenia dwóch kawałków gliny. Świetną alternatywą dla metalowych toczków (które przy większych przedmiotach bardzo ułatwiają pracę) są obrotowe, plastikowe patery do ciast. Wystarczy je obciążyć, np. torebką z piaskiem i otrzymujemy dobre narzędzie za 20 zł zamiast 100 zł.

Patera obrotowa

Rama z drutem do cięcia bloków gliny? Proszę bardzo. Zamiast wydawać 50 zł wolę zadzwonić do kolegi gitarzysty i poprosić o stare, metalowe i możliwie cienkie struny. Kawałek grubego drutu można dostać w składzie budowlanym. Po zamotaniu na końcówkach struny odpowiedniej wielkości oczek i wykonaniu nacięć w drucie otrzymujemy narzędzie umożliwiające ustawienie struny w różnych pozycjach. Wykonanie takich drobnych sprzętów daje nie tylko oszczędność pieniędzy ale i satysfakcję, że zrobiło się coś samemu. Zupełnie jak z ceramiką.

Druty do cięcia glinyO tym jak zbudować prosty areometr (przyrząd do mierzenia gęstości masy lejnej) oraz o innych ceramicznych patentach sporo pisze Darek Osiński na swoim blogu.

Powót do pracy po rejsie

Dla nas wakacje już się skończyły. Trzeba odgrzebać pozostawione w pracowni prace i pomyśleć nad nowymi. Podczas urlopu na morzu mieliśmy okazję odwiedzić Rosję, Estonię i Szwecję. W każdym z tych Państw natykaliśmy się na wyroby z ceramiki. Czy to w muzeum, czy w galerii, zawsze zwracały naszą uwagę. Oprócz zdjęcia typowo żeglarskiego, zamieszczam też fotografie eksponatów ze średniowiecznego zamku w Kalmarze (Szwecja). Ostatnie zdjęcie jest związane z zagadką: gdzie dokładnie znajdują się te drzwi i gdzie prowadzą?

 

Wypad na morze

Nasze wakacje kończymy wypadem na morze. Będziemy płynąć z Petersburga do Gdyni, by 20.09 na dobre wrócić do ceramiki 🙂 Pod koniec września zapraszamy na warsztaty ceramiczne, na których można powoli zabierać się za prezenty gwiazdkowe. Można też zabrać swoją drugą połówkę na glinianą randkę. Pomyślcie już teraz co chcielibyście ulepić. Do zobaczenia.

Aktualne położenie naszego jachtu oraz wieści z pokładu można śledzić tutaj > http://lodowe-krainy.pl/

 

rejs morski

Naczynia ażurowe – czy to się uda?

Od dłuższego czasu marzyły mi się naczynia wykonane z cienkich i długich kawałków gliny, tworzących ażurowy szkielet. Zupy z nich nie zjemy, ale nadadzą się do przechowywania np. owoców. Trudność wykonania polega przede wszystkim na konieczności wyprodukowania dużej ilości nieuszkodzonych długich glinianych elementów oraz wykończeniu i wstawieniu do pieca bez uszkodzenia. Życzę sobie z całego serca, żeby nic się nie rozwaliło 🙂

Ażurowa patera z gliny

Prace z formami

Dzięki pomocy Bartka Mejora, który gościnnie korzysta z naszej pracowni, udało się pozyskać gipsowy model dużej miski, który posłuży do stworzenia formy (także gipsowej). Po raz kolejny mieliśmy szczęście – elastyczne wiadro, które kupiłem właściwie przez pomyłkę jako zbyt duże, okazało się idealne rozmiarowo przy odlewaniu naszego modelu 🙂 Praca z gipsem jak zwykle okupiona była koniecznością dokładnego sprzątania. Więcej informacji o pracy Bartka znajdziecie na jego stronie.

 

Znaczki na drzwi

Drzwi łazienki i toalety zostały w naszym mieszkaniu oznaczone w sposób nie pozostawiający wątpliwości co do ich funkcji. Nasze koty uznały jednak, że ma tu miejsce segregacja gatunkowa, bo „ich” znaczek jest na ostatnim miejscu. Znaczki wykonała Basia.znaczki

Nowe wzory kolczyków – eksperymenty szkliwne

Wczoraj wyciągnąłem je z pieca parząc ręce niemiłosiernie. Ta niecierpliwość mnie zgubi 🙂
Na drugim zdjęciu możecie zobaczyć jak wyglądają szkliwa przed wypałem.

 

Ceramiczne cuda na kiju

Ceramika to nie tylko garnki czy miski. Darek Osiński udowadnia to wypalając prace nieprawdopodobnie duże i nieoczywiste. 17 maja 2008 r. zbudowany przez niego motocykl Sokół 600 w skali 1:1 został wypalony w zbudowanym specjalnie do tego celu gazowym piecu polowym.
15 czerwca 2012 r. zaś powstała praca jeszcze większa, na którą zużyto 400 kg gliny! To model Zamku Pszyczyńskiego, który powstał dzięki pracy Rytias Konstantinaviciusa i Darka Osińskiego. Nadal nie przestaje robić to na mnie wrażenia. Koniecznie odwiedźcie ten blog.

 

Nie samym chlebem ceramik żyje

Nareszcie zostały wywołane zdjęcia, które robiła mi Ania w ramach pracownianej sesji.
Więcej zdjęć (nie tylko moich) autorstwa Ani na jej blogu.

Wszystko robimy ręcznie!

Wiedziałem co robię, studiując poligrafię. Dziś własnymi ręcami wyprodukowałem wizytówki pracowni. Oprócz wizytówek sami wykonujemy też różne opakowania, np. kartoniki do kolczyków i torebki papierowe (te ostatnie tylko zadrukowujemy sami). Niektóre produkty pakujemy w pudełka zaprojektowane specjalnie dla nich. Jesteśmy w stanie wykonać opakowanie na zamówienie, także z drukiem. Ręcznym, oczywiście.

Niech żyje rękodzieło!

 

Komora do szkliwienia natryskowego

W sklepach zaopatrujących ceramików można kupić komory do szkliwienia natryskowego. Stosuje je się, żeby ograniczyć rozpylenie pyłu szkliwnego i odciągnąć go. Jest to ważne przy tym sposobie szkliwienia ze względu na toksyczność niektórych szkliw oraz fakt, że samo wdychanie jakiegokolwiek pyłu jest niebezpieczne dla zdrowia.

Ponieważ cena dostępnych na rynku komór mnie zwaliła z nóg (od ok. 4000 zł), postanowiłem, że zbuduję ją sam. Opiszę tu pokrótce jak to zrobiłem. Całość (wraz z wentylatorem i oświetleniem) kosztowała ok. 600 zł. Sama konstrukcja jest zrobiona z tego co miałem pod ręką: biurko, płyty z tworzywa sztucznego (np. spienione PCV), kilka tafli szkła. Komora ma wymiary 60x60x60 cm.

Komora do szkliwienia natryskowego

Dzięki płytom szklanym oraz tym z tworzywa sztucznego, szkliwo osadzające się wszędzie w komorze można odzyskać i stosować np. do wlewania do butelek (i tak nie widać koloru) albo eksperymentować – ja zbieram do jednego pojemnika wszystko co tam leci, zarówno na niskie temperatury jak i wysokie.

Wyposażenie całej konstrukcji stanowią:
– sprężarka od lodówki z filtrem oleju i manometrem;
– aerograf Adler 7715 z dyszą 0,3 mm – jak na razie sprawdza się dobrze;
– wentylator promieniowy CK-40F – jest to wentylator kuchenny, a dzięki jego konstrukcji, pył szkliwny nie przechodzi przez oś silnika, co byłoby dla niego zabójcze; obudowę wraz z filtrem można zdjąć i umyć wodą z pyłu szkliwnego;
– oświetlenie LED.
Ponieważ w tylnej części wentylatora znajdują się otwory na chłodzenie silnika, odsunąłem trochę tylną ścianę komory od ściany pracowni – dzięki temu między ścianą a komorą jest szczelina, do której szkliwo nie dociera. Oczywiście otwór w tylnej ścianie musi być w miarę dopasowany do kształtu obudowy wentylatora. Szczelinę pomiędzy obudową, a ścianą w którą wchodzi uszczelniłem taśmą izolacyjną stanowiącą rodzaj elastycznego fartucha. Kształt w płycie wyciąłem wyrzynarką. Filtr zagęściłem wielokrotnie złożoną siatką podtynkową (bardzo tania, można kupić w sklepach budowlanych).

Wentylator podłączyłem do regulatora (ściemniacz światła) żeby móc regulować prędkość obrotów – gdy szkliwię pompką i nie ma aż takiego pyłu, zmniejszam je żeby tak nie huczało. Całość jest podłączona do komina wentylacyjnego. Oprócz wyciągu zawsze zakładam maseczkę przeciwpyłową. Kiedyś, szkliwiąc aerografem w łazience nawdychałem się szkliwa i wystarczy mi 🙂
Gdybyście mieli jakieś pytania – chętnie odpowiem.

P.S. na jednym ze zdjęć widać wspaniałą alternatywę dla drogich toczków – obrotową paterę do ciasta, łożysko stanowią kulki – bardzo ładnie się kręci nawet przy ciężkich przedmiotach, obciążona jest torebką foliową z piaskiem – bez tego była by trochę za lekka 🙂 kosztuje ok 18 zł.

Więcej o szkliwieniu natryskowym na forum uLAb.

Oficjalne otwarcie pracowni

9 lutego 2013 r. miało miejsce oficjalne otwarcie naszej pracowni. Goście przewijali się przez pracownię przez cały dzień. Dzięki za obecność i miłe słowa!

 

Piec

Dziś zaszczycił nas swoją obecnością piec. Wreszcie możemy zacząć wypalać. Jest to piec do wypału ceramiki Kittec CB 66 S. Maksymalna temperatura, którą osiąga to 1320 °C. Nie jest wielki, ale na początek na pewno wystarczy. Nie możemy się doczekać pierwszych wypałów.

Pracownia to miejsce – potrzebne jest lokum

15 stycznia 2013 roku podpisaliśmy umowę najmu i rozpoczęliśmy urządzanie pracowni. Od czegoś trzeba zacząć 🙂
Bardzo dużo osób pomogło nam wyposażyć pracownię oddając za darmo meble czy sprzęt AGD. Dziękujemy!