Archiwa kategorii: techniczne

Stożkowanie gliny na kole

Toczenie na kole garncarskim składa się z kilku etapów. Zanim jednak zasiądziemy do koła, glinę trzeba dobrze wyrobić. Jeżeli dopiero stawiasz pierwsze kroki w toczeniu, pewnie nie bardzo lubisz ten etap. Jest to proces nudny, męczący, nie dający zauważalnych na pierwszy rzut oka efektów. Do tego nie zawsze wychodzi to tak jak powinno. W takiej sytuacji musisz uwierzyć doświadczonym garncarzom na słowo, że jest to absolutnie niezbędne, tak jak początkujący muzyk wierzy swojemu nauczycielowi, że instrument nie stroi, choć sam tego jeszcze nie słyszy. Zawsze mówię swoim kursantom, że siadanie do koła garncarskiego bez dobrego wyrobienia gliny to strata czasu, nerwów i pieniędzy. Jednak nie o wyrabianiu gliny będzie ta notka, lecz o czynności podobnej, służącej temu samemu, ale jednak czynności pomocniczej – o wyciąganiu stożków.

stożkowanie glinyKiedyś denerwowałem się i przewracałem oczami, gdy słyszałem „Uwierz w ducha” od osoby, która dowiedziała się, że toczę na kole lub kogoś, kto pod moim okiem pierwszy raz wyciągał zwężający się ku górze kształt. No bo jak to? Tu są poważne sprawy, tu jest prawdziwe życie, a nie film i reżyserskie fantazje seksualne! Ale już mi przeszło i śmieję się z tego razem z kursantami. Bo czy to nie jest  śmieszne, że podczas przygotowania gliny na kole powstaje taki falliczny kształt, który obejmujemy śliskimi rękoma? Jest to bardzo śmieszne, więc śmiejmy się, a nie denerwujmy, że nam nie wychodzi toczenie. Na czas śmiania trzeba odkleić się od gliny, bo nasze niekontrolowane ruchy popsują to, co staramy się na kole zrobić. Przy okazji czytania tej notki, możecie zobaczyć na zdjęciach, że lusterko przy kole pozwala zobaczyć kształt, który powstaje na kole z boku, bez konieczności zginania ciała i narażania się na bóle kręgosłupa (no dobra, i tak będzie was bolał, ale mniej). Jest to bardzo przydatne przy wyciąganiu ściany naczynia i jej modelowaniu.

Po co w ogóle stożki robić? Ile ich robić i przede wszystkim: jak?

Stożkowanie gliny to w zasadzie to samo co wyrabianie jej na płycie gipsowej (lub drewnianej). Dzieją się podobne rzeczy – glina jest mieszana, a więc staje się jednorodna, zmienia się jej struktura wewnętrzna co pozwoli na późniejsze jej wycentrowanie oraz odpowietrza się. Z tym odpowietrzaniem sprawa wygląda tak, że jeżeli mamy bardzo zapowietrzoną glinę (na przykład po recyklingu) to musimy polegać przede wszystkim na wyrabianiu na płycie. Podczas stożkowania nie dotrzemy skutecznie swoim działaniem do części gliny na samym spodzie, w środku bryły i jeżeli jest tam powietrze, to sprawa z centrowaniem może być przegrana już na początku. W ogóle trzeba sobie powiedzieć, że stożkowanie gliny to czynność pomocnicza; przede wszystkim trzeba ją wyrobić. W idealnym świecie glina po wyrabianiu byłaby tak przygotowana, że żadnych stożków nie trzeba by robić. Wykluczając sprawę powietrza – da się oczywiście przygotować glinę stożkując ją wiele, wiele razy, ale trzeba pamiętać o jednym fakcie – podczas wykonywania wszelkich czynności na kole używamy wody. Jeżeli glina wymaga wielokrotnego stożkowania, bo nie została wcześniej dobrze wyrobiona, to możemy ją przemoczyć. Ja, oprócz porządnego wyrabiania, najczęściej robię 1-2 stożki, żeby otrzymać bryłę gliny, która dobrze się centruje, mam jednak kolegę-ceramika posiadającego bardzo dobrą wyrabiarkę do gliny, która gwarantuje tak dobrze przygotowanie materiału, że żadne stożki nie są potrzebne. Cóż, zazdroszczę i pozdrawiam Cię, Adam!

Nie ma dobrej odpowiedzi na to ile stożków trzeba zrobić, żeby glina byłą dobrze przygotowana. Robimy je do momentu, w którym glina będzie chciała się centrować, zacznie się nas „słuchać”. Dla początkujących jest dość trudne wskazanie tego momentu, ponieważ ciężko im stwierdzić czy glina nie centruje się, bo jest źle przygotowana czy to przez brak umiejętności. W takiej sytuacji najlepsza jest pomoc nauczyciela, który pomoże to sprawdzić.

stożkowanie glinyPrzejdźmy do konkretów, czyli do tego jak robić stożki. Cała czynność polega na wyciąganiu do góry zwężającego się słupka, a następnie miażdżeniu go do kształtu kopuły (lub innego w zależności od tego co będziemy toczyć). Obydwu ruchom (w górę i w dół) powinny towarzyszyć dość szybkie obroty na kole, ale relatywnie wolny ruch rąk. Łokcie powinny być oparte, a dłonie połączone, bo zapewnia to dużą stabilność podczas każdej z czynności wykonywanej na kole (pamiętaj o tym niezależnie od tego co robisz: stożkujesz, centrujesz, otwierasz, wyciągasz, modelujesz, odcinasz nadmiar gliny na rancie, trymujesz… zawsze miej oparte łokcie i połączone dłonie jeżeli jest to możliwe). Aby wyciąganie stożka do góry było efektywne i żeby zmniejszyć tarcie i ryzyko ukręcenia go, staraj się ściskać glinę symetrycznie małymi powierzchniami dłoni, a nie całą powierzchnią. Czy wiesz dlaczego fakir nie może usiąść na jednym gwoździu, bo wbije mu się w tyłek, a na 1000 gwoździ może? Bo cała siła (jego ciężar) skupia się na tym jednym gwoździu. Tak samo jest ze ściskaniem gliny – lepiej skumulować swoją siłę w małej powierzchni. Podczas wyciągania trzeba użyć odpowiedniej siły – nie za małej (bo nic się nie będzie działo) i nie za dużej, bo stożek się urwie. Wyciągaj glinę od dołu do góry starając się, by stożek stał stabilnie i by zwężał się ku górze. Nie powinien mieć przewężeń, bo może w tym miejscu się urwać. Jeżeli podczas wyciągania poczujesz tarcie, przerwij i zmocz glinę by zapobiec ukręceniu stożka. Przyklejenie oderwanej części jest możliwe, ale nie takie proste.

Staraj się przemieścić możliwie dużo gliny, bez pozostawiania jej na dole (zdjęcie poniżej). Przez ten błąd, podczas późniejszego centrowania gliny może zdarzyć się, że górna część bryły będzie współpracować, natomiast dolna nie, bo będzie niewyrobiona. Zdarza się, że trzeba mocniej podziałać w dolnej części stożka, gdy ten ma już słuszną wysokość. Często zaczyna się wtedy mocno chybotać na górze. Aby temu zapobiec wystarczy wyprostować kciuki, które uniemożliwią górnej części przewrócenie się, pozwalając jednocześnie na ściskanie dłońmi gliny zgromadzonej na dole. Jeżeli w trakcie wyciągania stożka pojawia się na czubku zagłębienie, najlepiej je od razu zlikwidować, by nie zamknąć tam powietrza. W tym celu wystarczy kciukami naciskać na krawędzie tego „wulkanu” by spowodować wypiętrzenie się całości i zmianę dołka w czubek.

Pamiętaj, glina przyjmuje kształt Twoich dłoni. Tam gdzie ją naciśniesz – podda się, tam gdzie zrobisz jej miejsce – wypełni je. Metoda naciskania górnego czubka pomaga również w uporządkowaniu tej części stożka. Jeżeli stożek mocno się chwieje, przytrzymaj go dwoma kciukami od góry i poczekaj chwilę, aż glina dostosuje się do kształtu dłoni i ustabilizuje. Zawsze, przy każdej czynności, jeżeli odrywasz ręce od gliny, rób to spokojnie, bez gwałtownych ruchów.

Po wyciągnięciu możliwie wysokiego stożka przychodzi czas na jego zmiażdżenie. Oprzyj łokcie i pozwól swoim dłoniom współpracować i wzajemnie się przytrzymywać. Ręka dominująca (prawa u praworęcznych) miażdży stożek naciskając go od góry i powinna być ustawiona pod lekkim skosem (pierwsze zdjęcie poniżej). Dzięki temu nie będzie powstawał grzyb (drugie zdjęcie poniżej) – tak dzieje się gdy ustawisz rękę poziomo. Druga ręka (lewa u praworęcznych) obejmuje stożek i pełni rolę stabilizującą – nie pozwala mu na tańcowanie, łamanie się itd.

Podczas obniżania stożka, tak jak przy centrowaniu, odbywa się pojedynek: Ty vs. glina. Jeżeli pozwolisz na to by glina ruszała na boki Twoimi rękoma to przegrywasz. Twoja pozycja przy kole, oparte łokcie i napięte mięśnie mają za zadanie przeciwstawić się tym ruchom. To glina ma się „słuchać” Twoich rąk, a nie odwrotnie. Po obniżeniu stożka do bryły o kształcie kopułki spróbuj ją wycentrować. Jeżeli czujesz, że to nie idzie, glina zdecydowanie nie chce się poddać Twojej dłoni lub wyczuwasz jakieś twardsze grudki w bryle kręcącej się gliny – rób kolejnego stożka i czynności te powtarzaj aż do skutku. Na pewno zobaczysz i poczujesz różnicę w zachowaniu gliny po kolejnych stożkach.

Podsumowanie

  1. Stożkowanie to czynność przygotowawcza i powinna trwać raczej krótko – wyrób dobrze glinę przed toczeniem, to gwarantuje Ci dobre przygotowanie materiału do pracy.
  2. Opieraj łokcie i łącz dłonie – to zapewnia stabilność rąk podczas pracy.
  3. Nie wyciągaj i nie zgniataj stożka zbyt szybko. Dostosuj prędkość ruchu rąk do prędkości obrotów koła.
  4. Stosuj odpowiednią siłę nacisku – nie za małą, nie za dużą; pamiętaj o używaniu wody.

Powodzenia!stożkowanie gliny

 

Po więcej wskazówek i tricków zapraszam na nasze warsztaty: https://cieplowlasciwe.pl/pl/warsztaty/

Jeżeli toczysz na kole, na pewno przydadzą Ci się podkładki garncarskie: https://cieplowlasciwe.pl/pl/wspolpraca/podkladki-garncarskie/

Naprawa pieca

Ten dzień nie zapowiadał się jakoś szczególnie, a zestaw porannych czynności obejmował to co zwykle. Mam taki odruch, że gdy wchodzę do pracowni, od razu patrzę na piec, a konkretnie – na sterownik. Najczęściej widnieje na nim obecna temperatura pieca, co pozwala mi oszacować ile jeszcze będzie stygł po wypale i ile minie czasu zanim go otworzę. Czasem sterownik pokazuje błąd B2 lub B3, co oznacza, że nastąpiła przerwa w dostawie prądu i piec kontynuował lub zatrzymał wypał – zdarza się. Tym razem jednak, na wyświetlaczu żarzyły się na czerwono inne znaki – A4. Często boimy się tego, czego nie znamy – no to się wystraszyłem. Instrukcja sterownika mówiła wyraźnie – to może oznaczać przepaloną spiralę, czyli element grzewczy znajdujący się w ścianie, a czasem i w klapie bądź podłodze pieca. Ponieważ piec był jeszcze zbyt gorący by go otwierać, musiałem zająć się czymś innym. W pracowni nigdy nie brakuje rzeczy do zrobienia. Nigdy, zapewniam Was. Ale strasznie mi praca nie szła, a myśli krążyły wokół tego co mogło się wydarzyć w piecu. Czy spirala po 3 latach i 320 wypałach może się zużyć? Czy to już teraz? Podczas tych intensywnych rozmyślań przypomniałem sobie, że wstawiłem do pieca pewną próbkę – wsypane do miseczki kawałki kwarcu (podobno), które miały się stopić, by dać jakiś ciekawy efekt. Próbkę wypalałem w ramach eksperymentu dla osoby przychodzącej na warsztaty. Sam byłem ciekaw co wyjdzie.

Po otwarciu pieca i dostrzeżeniu dziwnych plamek na półce i pracach znajdujących się obok próbki, nie miałem wątpliwości, że ten wypał był wyjątkowy. Po wyjęciu półek moim oczom ukazało się miejsce, gdzie rozegrał się dramat tej nocy. Okopcony krater w cegle i brak ok. 4 cm spirali świadczył niezbicie, że próbka zagotowała się i wystrzeliła jak wulkan na wszystkie strony, spadając na spiralę i powodując jej przepalenie.

Gdy już wypłakałem się w poduszkę, przyszedł czas na zorganizowanie naprawy i to w tzw. trybie ASAP – trzeba wypalać kolejne zamówienia oraz prace warsztatowe. Z pomocą i dobrą radą przyszli Magda Łysiak, Kasia Modrzejewska i Kuba Kalinowski. Dzięki ich wsparciu oszacowałem swoje szanse na samodzielną naprawę na poziomie „dasz sobie radę”. Spiralę postanowiłem zamówić u polskiego producenta elementów grzejnych, rezygnując z droższej, oryginalnej od producenta pieca. Warto zauważyć, że w tym piecu spirala jest jedna, co oznacza konieczność wymiany całości. Nie jest to jakiś gigant, ale nie jest to też mikro-piecyk, dlatego zupełnie nie rozumiem, dlaczego producent nie podzielił spirali na co najmniej 2 odcinki. A nie, przepraszam, chyba wiem dlaczego…

Samą wymianę spirali miałem okazję kiedyś obserwować, więc powtórzenie tego nie było żadnym wyczynem. Po pierwsze należy odłączyć zasilanie pieca – wiadomo. Potem, za pomocą wąskich szczypiec należy wyjąć „szpilki” przytrzymujące spiralę; w skrzynce elektrycznej odłączyć ją od zacisków i już można całość wybebeszyć. Ponieważ element grzewczy musi być identyczny, musiałem zawieźć spiralę na wzór. Podczas gdy z kanthalowego drutu skręcano nową grzałkę, ja musiałem naprawić cegiełkę oraz oczyścić wnętrze pieca z wszelkich zabrudzeń substancją, która go zniszczyła. Zdemontowałem klapę, wyjąłem termoparę i odkręciłem skrzynkę z elektryką od korpusu pieca. Jej demontaż był o tyle łatwy, że wkręty mocujące ją zamieniły się po 3 latach używania pieca w rdzawe gwoździki – chemicy mieliby co analizować. Oczywiście wymieniłem je na nowe.

Blaszany płaszcz stanowiący obudowę pieca zabezpieczyłem taśmą transportową i zabrałem się do stopniowego poluzowywania go. Gdy luz między cegiełkami był na tyle duży, że dało się je swobodnie wyjmować, ogołacałem wnętrze z kolejnych klocków numerując je, by nie kombinować potem z dopasowywaniem – na pewno nie są identyczne.

Zniszczoną część cegiełki odciąłem i wyrzeźbiłem z nowej (można kupić w sklepach z materiałami ogniotrwałymi) fragment, w którym leży spirala. Musiałem ciąć 2 razy, bo za pierwszym nie wyszło mi to za dobrze i powstałyby spore szczeliny między sąsiednimi cegłami. Dosztukowaną część przykleiłem klejem do kominków odpornym na temperatury do 1500°C. Wszystkie pozostałe cegiełki bardzo dokładnie obejrzałem i usunąłem z nich dłutkiem wszelkie zabrudzenia, które mogłyby dalej trawić ceglaną tkankę lub, o zgrozo, nową spiralę. Po upchnięciu cegieł z powrotem i ściśnięciu płaszcza okazało się, że górny rant pieca, na którym spoczywa klapa, nie jest równy. Było to do przewidzenia – cegiełki nie ułożą się identycznie, na tym samym poziomie. Zeszlifowałem więc je na równo; różnice nie przekraczały 1 mm, więc poszło szybko. Na koniec cały piec bardzo dokładnie odkurzyłem.

Potem już było z górki. Zamontowałem termoparę i skrzynkę, włożyłem nową spiralę i przymocowałem ją „szpilkami”. Brakujące i połamane dorobiłem przycinając drut kanthal o średnicy 1,5 mm. „Szpilki” nie mogą być za długie, ponieważ mogą dojść aż do obudowy pieca powodując przebicie prądu na nią. Jeżeli do tego zapomnimy podłączyć uziemienie w skrzynce z elektryką to uratować nas przed porażeniem może już chyba tylko wyłącznik różnicowo-prądowy (ale o nim w innej notce). Podczas mocowania spirali trzeba zwrócić uwagę na równomierne jej naprężenie w całym kanale. Dobrze jest zrobić sobie jakieś narzędzie do dobijania „szpilki” do końca; może to być np. odpowiednio upiłowany gwóźdź. Ponieważ pozycja podczas montażu spirali jest jest bardzo niewygodna, a sama czynność jest czasochłonna, trzeba zatroszczyć się o swój kręgosłup. Do wyboru macie robienie przerw co jakiś czas (będzie dłużej), zakup egzoszkieletu (będzie drogo) lub rehabilitację (będzie niefajnie). Punktów mocowania „szpilek” było bardzo dużo, a dostęp do najgłębszej części pieca był bardzo utrudniony, dlatego miejsca, gdzie wbiłem „szpilkę” zaznaczałem flamastrem (tusz zniknie w trakcie wypału). Należy zwrócić uwagę, żeby nie wbijać „szpilki” w istniejące dziurki, tylko trochę obok – inaczej nie będzie dobrze trzymała.

Po upewnieniu się, że wszystko jest połączone jak poprzednio (wszelkie zdjęcia i opisy kabli są bardzo wskazane) oraz zadbaniu o dobre dopasowanie klapy, zaprogramowałem wypał na pusto, zgodnie z zaleceniem producenta spirali i gdy usłyszałem znajome klepanie styczników i mruczenie wydobywające się z pieca przybiłem sam sobie „piątkę”.

Pytania kontrolne po przeczytaniu notki:

  • Czy warto być samodzielnym? Odpowiedź uzasadnij.
  • Czy i w jaki sposób mogą pomóc mi inni? – ćwiczenie wykonaj w parze z inną osobą
  • Na co zwrócę uwagę podczas kolejnych eksperymentów? Jak zabezpieczę piec?

Pytanie dodatkowe (dla chętnych; z gwiazdką)

  • Jakich substancji nie wolno wkładać do pieca elektrycznego?

Życzę Wam spektakularnych efektów podczas wypałów i jak najmniej awarii! Dbajcie o swoje piece 🙂

Odstojnik do gliny

Jest taki problem ze sprzątaniem po skończonej pracy, że niewielu lubi to robić. Ale skoro trzeba, to dobrze jest sobie sprawę ułatwić. Bardzo niewygodnie myje się wiadra lub miskę od koła garncarskiego w standardowej wielkości zlewie. Jeżeli zlew ten nie jest wyposażony w prysznic tylko zwykły ciurczący kran, to już w ogóle kapota. Glina zamiast schodzić, przykleja się do plastiku, a rozcierana gąbką tylko babrze się. I ten zlew… nic się w nim nie mieści i mimo tego, że już dawno temu wyposażyłem go w prysznic, który w kilka sekund zdziera z plastiku glinę czy inne zabrudzenia, to nie ma go jak użyć – za mało miejsca. Same problemy, nie wiadomo jak żyć. Postanowiłem zbudować sobie naprawdę duży zlew, w którym można chlapać do woli oraz odstojnik, który przefiltruje to, co z tego zlewu spłynie. Dwie pieczenie na jednym ruszcie – to oznacza dużo endorfiny w moim bocianim mózgu.

Odstojnik pozwala na odfiltrowanie gliny (i innych zanieczyszczeń) od wody po to by nie wprowadzać jej do kanalizacji i nie powodować jej zatykania. Glinę, która zostanie odfiltrowana można użyć np. podczas wykonywania form gipsowych lub do innego, bardziej technicznego niż twórczego celu. Jest ona zanieczyszczona, często spleśniała. Można też nią smarować chleb i sukcesywnie zjadać (dla chętnych).

Zasada działania jest niezwykle prosta – woda z gliną trafia do pierwszego zbiornika i tam częściowo rozdziela się tzn. glina (która ma większą gęstość niż woda) opada na dno, a woda pozostaje na górze (zjawisko sedymentacji). Następnie przelewa się do następnego zbiornika, by znów częściowo się rozdzielić. Wreszcie przelewa się do ostatniego zbiornika jako prawie czysta woda. Ważne jest by wysokość kolejnych otworów przelewowych była coraz niższa. Na końcu zastosowałem pompę fontannową do odciągania czystej wody, która trafia wężem do zlewu. Można wylot połączyć bezpośrednio z kanalizacją, ja nie miałem takiej możliwości.

Konstrukcja jest prymitywna i tania. Całość składa się z 3 kastr budowlanych, wiadra, wsporników, rurki i pompy fontannowej z wężykiem (jak wspomniałem powyżej, nie jest ona konieczna). Dwa wsporniki pod dnem gwarantują odpowiednią wytrzymałość – można spokojnie wstawić tam ciężkie wiadro. Elementem dodatkowym jest duży arkusz plastiku, który osłania ścianę i regał – naprawdę można lać bez obawy o zachlapanie czegokolwiek, wszystko ścieka do zlewu. Raz na jakiś czas wszytko opróżniam, czyszczę pompę i co tam jeszcze jest do wyczyszczenia. Na jednym ze zdjęć możecie zobaczyć połączenie kabli zasilających pompę oraz włącznik, które dla bezpieczeństwa szczelnie osłoniłem grubą folią. Zrobiłem to, bo śmierć w odstojniku gliny umieściłbym gdzieś na końcu listy atrakcyjnych sposobów opuszczenia tego świata.

Całość kosztowała mniej niż 200 zł, a wszystkie elementy można kupić w sklepie budowlanym. W sklepach dla ceramików odstojniki kosztują od ok. 1500 zł. Oczywiście jeżeli macie jakieś lepsze odstojnikowe rozwiązania to podzielcie się nimi, np. w komentarzach.

Szamot w pracowni ceramicznej

Czym jest szamot pewnie wiecie. To wypalona i zmielona glina, nazywana również palonką. Ceramicy mają najczęściej do czynienia z szamotem jako składnikiem gliny. Im go więcej lub im większe jego ziarna tym glina jest mniej podatna na deformacje i lepiej nadaje się do większych konstrukcji czy rzeźb. Wybacza więcej błędów, na przykład podczas suszenia oraz ma mniejszą kurczliwość. Na drugiem biegunie znajdują się masy w ogóle nie zawierające szamotu np. te do odlewania w formach gipsowych, a także plastyczne masy porcelanowe, do których ewentualnie można dodawać molochit, aby trochę taką masę wzmocnić czy też „odchudzić”. Obecnie można wybierać w naprawdę imponującej ilości glin z różną zawartością szamotu i różną wielkością ziaren. Jeżeli koniecznie chcemy sami wzbogacać masę o szamot, aby nadać jej pożądane właściwości, musimy zadbać o bardzo dobre wymieszanie go z gliną.

Innym zastosowaniem szamotu (gruboziarnistego, bo się tak nie pyli) jest przedzielanie czerepów stojących na sobie podczas wypału na biskwit. Piętrzenie czerepów na sobie oszczędza miejsce w piecu i pozwala na lepsze jego załadowanie. Miski lub płaskie talerze można stawiać na sobie ale jeżeli układamy cały ich stos lub gdy nie są najlżejsze – warto je przedzielić warstwą szamotu. W trakcie wypału zarówno półki pieca jak i wsad pracują, a prace kurczą się. To powoduje, że zbyt obciążone naciskiem prace (np. najniższy talerz w stosie) pękają, mimo dźwigania wcale nie tak dużych ciężarów. Warstwa szamotu sprawia, że wszystkie prace w stosie kurczą się ze zminimalizowanym tarciem – ziarna szamotu działają wtedy jak kulki w łożysku. Przedzielanie prac szamotem stosuję zawsze; wolę dmuchać na zimne (akurat w przypadku wypału to raczej na gorące*). W zasadzie nic mnie to nie kosztuje – jest on wielokrotnego użytku, a takie zabezpieczenie pozwala mi spać spokojnie, zwłaszcza gdy wypalam nie swoje prace.

Na pierwszym zdjęciu widać jak dzięki szamotowi podniosłem nieco lewy stos naczyń. Bez tego by się po prostu nie zmieścił. Niezależnie od tego czy stosujecie szamot w piecu do takich celów czy nie, pamiętajcie, że raz na jakiś czas piec trzeba odkurzyć, zwłaszcza spirale.

Szamot można kupić lub wyprodukować samemu. W każdej pracowni ceramicznej powstają niezbyt ekologiczne śmiecie, z którymi nie za bardzo wiadomo co robić. Takimi śmieciami są m.in. wyroby biskwitowe, które się połamały lub są nieprzyzwoicie brzydkie lub zostały zapomniane przez cały świat, z autorem na czele. Takie biskwity można potłuc młotkiem i dodatkowo zmielić na drobne ziarna. Ja robię to wielką maszynką do mięsa. Nie jest to najprostsze rozwiązanie i trzeba się trochę napocić, bo taka spieczona glina stawia dość duży opór. Inną metodą jest zmielenie suchej, surowej gliny i wypalenie jej. Warto odsiać te najmniejsze drobinki, ponieważ strasznie pylą podczas przesypywania. Pamiętajcie o zabezpieczeniu dróg oddechowych; drobny pył szamotowy to jedna z tych rzeczy, którymi Wasze płuca na pewno nie chciałyby oddychać.

* suchar ceramiczny to coś od czego trudno jest mi się powstrzymać

Skrobaki do gliny

Naprawdę irytowała mnie pewna rzecz: brak narzędzia do eleganckiego i szybkiego drapania gliny w miejscu łączenia z innym kawałkiem, np. w miejscu doklejania ucha. Jeżeli pracujemy z lekko podsuszoną gliną to takie zadrapania warto oczywiście pokryć jeszcze glinowym szlamem (czy „klejem”, jak kto woli). Zawsze używałem drucianych szczoteczek, ale wiecznie miałem z nimi problem – rozczapierzając się, drapały też nie tam gdzie trzeba; wchodziła w nie glina. Takie pierdoły, które jednorazowo nie doskwierają bardzo, ale z czasem zaczynają denerwować. Szczoteczka ze sklepu dla ceramików też nie zdała egzaminu. Za gęsto ułożone druciki raczej zdzierały glinę jak łopatka, zamiast ją zadrapywać. I w końcu zrobiłem sobie narzędzia idealne dla moich celów. Proste, tanie i dokładnie takie, jakich domagała się moja pedantyczna natura.

skrobaki do gliny

Wykonanie jest bardzo proste. Najtańszy brzeszczot do metalu łamiemy na kawałki (załóżcie okulary ochronne, żeby nie trzeba było dzwonić po karetkę do uszkodzonego odłamkiem oka). Rozcinamy nożem pałeczkę chińską (przyda się rękawica ochronna; ze skaleczonymi palcami raczej nic nie wytoczycie na kole) i wklejamy brzeszczot na klej cyjanoakrylowy np. Kropelka (nie sklejcie sobie palców ani powiek). Kleju nie ma co żałować, trzeba go wpuścić w szczeliny i ścisnąć całość szczypcami na kilkanaście sekund. Ostre krawędzie i zadziory powstałe przy łamaniu brzeszczotu można wyszlifować tarczką diamentową założoną na małą szlifierkę. Ja zrobiłem sobie od razu narzędzia w kilku rozmiarach.

Takie ułamane brzeszczoty świetnie nadają się także do zgrubnego wykańczania detali na modelach czy formach gipsowych.

Narzędzia mniej i bardziej profesjonalne

Tak to już jest, że narzędzia specjalistyczne często są drogie. Po prostu. Nie ważne jak proste, nie ważne z jakich materiałów, ważne że są to narzędzia specjalnego przeznaczenia, wyprodukowane dla wąskiego grona osób działającego w danej dziedzinie. Jako że jestem zwolennikiem oszczędzania i dawania przedmiotom drugiego życia zanim zostaną uznane za zupełnie nieprzydatne, staram się niektóre narzędzia czy urządzenia konstruować samemu, ewentualnie wyszukiwać tanie ekwiwalenty sprzętów dostępnych np. w sklepach dla ceramików. O budowie komory do szkliwienia natryskowego (600 zł zamiast 4000 zł) pisałem już w tej notce.

W trakcie moich wizyt u dentystki (której wcale się nie boję) zawsze rozglądam się po gabinecie w poszukiwaniu ciekawych narzędzi. Czego tam nie ma! Kiedyś dostałem zestaw zupełnie zużytych (i nieprzydatnych w leczeniu zębów) narzędzi. Świetnie sprawdzają się przy rzeźbieniu w wysuszonej glinie. Ostatnio zaś moją uwagę zwrócił… ślinociąg. A konkretnie jego plastikowa końcówka – część jednorazowego użytku.

– Pani doktor, da mi pani takie coś, tylko czyste?
– Żartujesz! Po co ci to?
– Będą z tego wychodziły fantastyczne kwiatki.

Nie myliłem się. Zobaczcie poniżej jaki fajny wzorek można odciskać dzięki temu kawałkowi plastiku. Często zachęcam ludzi przychodzących na warsztaty żeby przeszukali dom pod kątem różnych przedmiotów, które mogą dać ciekawy wzór po odbiciu w glinie. To naprawdę może być wszystko!

Narzędzia do gliny

Obecnie pracuję nad skonstruowaniem wyciskarki do gliny (tzw. ekstrudera), dzięki której można formować podłużne elementy o praktycznie dowolnym przekroju. Takie elementy mogą służyć do szybkiego formowania uszu naczyń, wałeczków niezbędnych do lepienia metodą wałeczkową czy też dziwnych konstrukcji, które bardzo mnie pociągają. Oczywiście taki ekstruder można kupić, jednak 1000 zł to jak na razie za dużo dla naszej pracowni 🙂

Do skrobania wiader po gipsie lub glinie świetnie nadają się karty plastikowe (tylko nie zabierajcie babci dowodu osobistego!). Czasem też używam ich do zaciągania połączenia dwóch kawałków gliny. Świetną alternatywą dla metalowych toczków (które przy większych przedmiotach bardzo ułatwiają pracę) są obrotowe, plastikowe patery do ciast. Wystarczy je obciążyć, np. torebką z piaskiem i otrzymujemy dobre narzędzie za 20 zł zamiast 100 zł.

Patera obrotowa

Rama z drutem do cięcia bloków gliny? Proszę bardzo. Zamiast wydawać 50 zł wolę zadzwonić do kolegi gitarzysty i poprosić o stare, metalowe i możliwie cienkie struny. Kawałek grubego drutu można dostać w składzie budowlanym. Po zamotaniu na końcówkach struny odpowiedniej wielkości oczek i wykonaniu nacięć w drucie otrzymujemy narzędzie umożliwiające ustawienie struny w różnych pozycjach. Wykonanie takich drobnych sprzętów daje nie tylko oszczędność pieniędzy ale i satysfakcję, że zrobiło się coś samemu. Zupełnie jak z ceramiką.

Druty do cięcia glinyO tym jak zbudować prosty areometr (przyrząd do mierzenia gęstości masy lejnej) oraz o innych ceramicznych patentach sporo pisze Darek Osiński na swoim blogu.

Komora do szkliwienia natryskowego

W sklepach zaopatrujących ceramików można kupić komory do szkliwienia natryskowego. Stosuje je się, żeby ograniczyć rozpylenie pyłu szkliwnego i odciągnąć go. Jest to ważne przy tym sposobie szkliwienia ze względu na toksyczność niektórych szkliw oraz fakt, że samo wdychanie jakiegokolwiek pyłu jest niebezpieczne dla zdrowia.

Ponieważ cena dostępnych na rynku komór mnie zwaliła z nóg (od ok. 4000 zł), postanowiłem, że zbuduję ją sam. Opiszę tu pokrótce jak to zrobiłem. Całość (wraz z wentylatorem i oświetleniem) kosztowała ok. 600 zł. Sama konstrukcja jest zrobiona z tego co miałem pod ręką: biurko, płyty z tworzywa sztucznego (np. spienione PCV), kilka tafli szkła. Komora ma wymiary 60x60x60 cm.

Komora do szkliwienia natryskowego

Dzięki płytom szklanym oraz tym z tworzywa sztucznego, szkliwo osadzające się wszędzie w komorze można odzyskać i stosować np. do wlewania do butelek (i tak nie widać koloru) albo eksperymentować – ja zbieram do jednego pojemnika wszystko co tam leci, zarówno na niskie temperatury jak i wysokie.

Wyposażenie całej konstrukcji stanowią:
– wentylator promieniowy CK-40F – jest to wentylator kuchenny, a dzięki jego konstrukcji, pył szkliwny nie przechodzi przez oś silnika, co byłoby dla niego zabójcze; obudowę wraz z filtrem można zdjąć i umyć wodą z pyłu szkliwnego;
– oświetlenie LED.
Ponieważ w tylnej części wentylatora znajdują się otwory na chłodzenie silnika, odsunąłem trochę tylną ścianę komory od ściany pracowni – dzięki temu między ścianą a komorą jest szczelina, do której szkliwo nie dociera. Oczywiście otwór w tylnej ścianie musi być w miarę dopasowany do kształtu obudowy wentylatora. Szczelinę pomiędzy obudową, a ścianą w którą wchodzi uszczelniłem taśmą izolacyjną stanowiącą rodzaj elastycznego fartucha. Kształt w płycie wyciąłem wyrzynarką. Filtr zagęściłem wielokrotnie złożoną siatką podtynkową (bardzo tania, można kupić w sklepach budowlanych).

Wentylator podłączyłem do regulatora (ściemniacz światła) żeby móc regulować prędkość obrotów – gdy szkliwię pompką i nie ma aż takiego pyłu, zmniejszam je żeby tak nie huczało. Całość jest podłączona do komina wentylacyjnego. Oprócz wyciągu zawsze zakładam maseczkę przeciwpyłową. Kiedyś, szkliwiąc aerografem w łazience nawdychałem się szkliwa i wystarczy mi 🙂
Gdybyście mieli jakieś pytania – chętnie odpowiem.

P.S. na jednym ze zdjęć widać wspaniałą alternatywę dla drogich toczków – obrotową paterę do ciasta, łożysko stanowią kulki – bardzo ładnie się kręci nawet przy ciężkich przedmiotach, obciążona jest torebką foliową z piaskiem – bez tego była by trochę za lekka 🙂 kosztuje ok 18 zł.